artykuły

Zając z sanowej łączki

Zając z sanowej łączki

Tak to już w życiu bywa, że czasem drobne rzeczy, które ledwie co raczymy zauważyć, są zwiastunami spraw doniosłych, odciskających piętno na resztę naszego życia. Takie małe drobinki powodują, że wybieramy taką, a nie inną drogę kariery – kończymy studia, zakładamy rodzinę czy wreszcie – poznajemy ludzi, o których zawsze będziemy pamiętać.

Czy może być coś bardziej banalnego niż odcisk buta w błocie, który powstał po wysychającej kałuży? Jeśli odpowiecie bez zastanowienia, zapewne wasza odpowiedź będzie twierdząca. Ot, zwykłe błocko, prozaiczny ślad po kimś, kto jakiś czas temu tędy przechodził. I zapewne w dziewięćset dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na tysiąc będziecie mieli rację. Ba, dla statystyka taki margines błędu zupełnie nie istnieje! Bo co to za szansa, dajmy na to na zwycięstwo w wyborach, wynosząca jedną dziesiątą procenta. Taki kandydat zwyczajnie jest skazany na porażkę. A wracając do śladów odciśniętych w błocie – przecież każdy z nas w swoim życiu widzi ich tysiące. Na podwórku przed domem, na ścieżce w parku, nad rzeką… No właśnie, ślad, który stanowi zaczątek tego opowiadania, był odciśnięty w świeżym mule odsłoniętym przez opadające wody Parsęty. To był koniec lat 80. ubiegłego stulecia. Och, jak to brzmi! Prawie jak „Podróże z Herodotem”. Wraz z kilkoma przyjaciółmi byliśmy wówczas owładnięci trociowym amokiem. Każdego roku spędzaliśmy kilka tygodni, włócząc się po zakrzaczonych brzegach pomorskich rzek. Najczęstszy cel naszych wypraw, zarówno zimą, jak i w sierpniu (w tamtych czasach sezon połowu troci wędrownej kończył się wraz z pójściem dzieci do szkół), stanowiły właśnie Parsęta z Radwią. Był to trochę wynik swoistej mody na te rzeki, która panowała w tamtych latach wśród braci wędkarskiej. Jednak najbardziej na Pomorze gnała nas chęć zmierzenia się z ogromną rybą w zakrzaczonych, dzikich rzekach, podobnych charakterem do ich mniejszych pstrągowych odpowiedników, które wtedy z lubością eksplorowaliśmy.

Wróćmy jednak do naszego śladu. Nie byłoby w nim nic dziwnego, gdyby nie fakt, że był to odcisk podeszwy… trampka. Tak, tak! Nie jakiegoś wodera, spodniobuta czy kalosza, ale zwykłego, poczciwego trampka. Buta, którego sterty zalegały w każdym sklepie z obuwiem sportowym dla młodzieży. Młodszym czytelnikom muszę wyjaśnić, że wynalazek, o którym piszę, nie miał nic wspólnego ze współczesnymi „galaktycznymi” wytworami Adidasa, Nike czy innych obuwniczych gigantów. Trampek był nasz, polski, siermiężny jak ówczesna PRL-owska rzeczywistość. Mało tego, pod koniec lat 80. XX wieku o oddychających spodniach w Polsce to nawet Stanisław Lem nie pisał. Na trociach królowały swojskie klimaty: gumofilc, wodery i ewentualnie, w przypadku tych bardziej trendy, spodniobuty. Ale trampek?! Co za dziwoląg włóczy się brzegami Parsęty, na ekstremalnie dzikim jej odcinku zwanym „mosty”, mając na nogach trampki?! Myśl ta nie dawała nam spokoju. Piszę nam, gdyż wędkowaliśmy wówczas wspólnie z Andrzejem Hołownią, który za 10 lat miał się wedrzeć przebojem do czołówki polskich muszkarzy.

Tymczasem jednak są lata 80., my na Parsęcie, a nie Brdzie; w rękach naszych tkwią zaś toporne spinningi, a nie subtelne muchowe kijaszki. Po szaleństwach pierwszego dnia nad wodą, kiedy młody człowiek jeszcze potrafił po całej nocy spędzonej w pociągach drałować kilkanaście kilometrów po nadrzecznych krzakach, udaliśmy się na zasłużony wypoczynek do hotelu. W owym czasie kultową bazą trociarzy w Karlinie był hotel robotniczy zakładów produkcji płyty pilśniowej, który znajdował się nad samym brzegiem rzeki. Jak zwykle w takiej sytuacji zapytaliśmy panią w recepcji, czy przypadkiem w hotelu nie zatrzymała się jeszcze jakaś bratnia dusza „po kiju”? Nasze młodzieńcze lica rozjaśnił błogi uśmiech, gdy dowiedzieliśmy się, że od kilku dni podobną do naszej „pokutę” odbywa jeszcze jeden wędkarz. Z miejsca udaliśmy się go przywitać. Po krótkim, acz intensywnym łomocie w drzwi i usłyszeniu zdawkowego proszę, wtargnęliśmy do wnętrza pokoju, które wyglądało jak zachodni (w tamtym czasie) lub polski (współcześnie) sklep wędkarski. Praktycznie każde wolne miejsce zajmowały przynęty, głównie wysoce deficytowe w tamtych czasach woblery. Pośrodku tego wszystkiego tkwił zaś jegomość, którego wygląd zewnętrzny trafnie skwitował wiele lat później jeden z moich klubowych kolegów, nazywając go wiejskim wikarym. W kącie pokoju stały zaś… Tak, macie rację – trampki!

Tak zaczęła się moja długoletnia znajomość z Piotrem Zajączkowskim, jednym z najlepszych muszkarzy z Przemyśla. Znajomość, która z biegiem lat przerodziła się w coś znacznie ważniejszego – przyjaźń. Piotr już wówczas słynął w niektórych kręgach jako producent woblerów, które to pozwalały mu święcić trociowe triumfy, niewyobrażalne dla przeciętnych spinningistów, katujących rzeki obrotówkami i wahadłówkami. Ale skąd pomysł na trampki? Otóż nie zawaham się uznać Piotra za polskiego prekursora nowozelandzkiej szkoły łowienia „na mokro”. W tamtych czasach trociowy blichtr wymagał ciągania się w sierpniowy skwar w ciężkich, czarnych woderach. Piotr natomiast uznał, że nawet gdy musi wejść do wody w celu odczepienia przynęty, zdecydowanie milej będzie to zrobić, mając na nogach wspomniane trampki. O komforcie wielokilometrowych marszów przez nadrzeczne lasy nie wspomnę. Oj, przemaszerowaliśmy razem nad Parsętą setki kilometrów. My oczywiście w woderach, a Piotr elegancko w trampeczkach. Tylko zimą zmieniał swoje pepegi na coś bardziej chroniącego przed wilgocią i mrozem.

Podczas jednego z długich polskich wieczorów przy „herbacie” Piotr zaczął snuć opowieści znad Sanu, który był, jest i chyba pozostanie jego ulubionym łowiskiem. Wtedy pierwszy raz usłyszałem nazwy znane dziś chyba każdemu polskiemu muszkarzowi: „łączki”, „korzeń”, „pod gruszką”, Hoczewka. Były to dla mnie wówczas jakieś oderwane od rzeczywistości miejsca w wędkarskim wszechświecie. Gdzie Rzym, gdzie Krym!? My proste jak budowa cepa chłopaki z Białegostoku, łowiący pstrążki na blachę w maleńkich ciurkach, dla których wypad nad Czarną Hańczę stanowił przedsięwzięcie niczym atak zimą na K2. A tu nagle jakiś gość zaprasza nad legendarny San, miejsce rozgrywania mistrzostw świata w muszce! Pomyślałem, że nie, gdzie mi tam – za daleko, na muchę prawie nie łowię, no i nie mam odpowiedniego na taką wodę sprzętu. Ostatecznie nie pojechałem, ale „Hołowniasty” i owszem, skorzystał z zaproszenia. Dzięki temu mógł po powrocie bezkarnie pastwić się nad naszym stadkiem, snując fachowe opowieści o „profesorze spod korzenia”, „dziadku streamerze”, „helmutach”, „gruszkach” itd. Słuchaliśmy tego z otwartymi buziami i nagle wszyscy poczuliśmy w sobie zew muszkarza. Tak działa prawdziwy sanowy instynkt stadny! Jak nie jeździ nikt, to nikt. A jak już jeździć się zaczyna, to bez opamiętania. I tak też się stało w naszym przypadku.

Każdego roku kilkakrotnie spotykaliśmy się z Piotrem nad Sanem. On zaś odwiedzał nas nad Czarną Hańczą. Został nawet jednym z członków założycieli białostockiego klubu muchowego. Muszę przyznać, że zarówno w Bieszczadach, jak i w Puszczy Augustowskiej nauczyliśmy się od niego wiele. No, może tylko, gdy zabraliśmy „Zajączka” nad Dunajec, nie mógł sobie biedak poradzić z tymi prądami, falami, dołami… On zwyczajnie był królem sanowych płani. Oczywiście dyplomatycznie twierdził, że woda bardzo, ale to bardzo mu się podoba, ale widać było, że na Dunajcu zwyczajnie cierpi.

Początkowo nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, z jaką lokalną sławą mamy do czynienia. Na polu namiotowym w Łączkach Piotr był personą nietykalną, jednym z miejscowych guru, którego każdy szanujący się wędkarz muchowy znać powinien. Jednocześnie „Zając” pozostawał normalnym, wesołym facetem, lubiącym pogawędzić przy szklaneczce wspomnianej „herbaty”. Pamiętam jego opowieść o pierwszym wyjeździe z muchówką nad San. Gdy wchodzili z kolegą do rzeki, zaczepił ich w Łączkach biwakujący tam krakowski muszkarz, wypytując, skąd są, jak długo łowią na muchę oraz inne takie tam wędkarskie „grzecznościowe” zapytania. Gdy dowiedział się, że pochodzą z Przemyśla, ale z muchą nad Sanem są pierwszy raz, pokiwał z niedowierzaniem głową. Tego dnia lipienie gryzły jak oszalałe, ale Piotr za Chiny ludowe nie mógł sobie poradzić z ich zacięciem. Zdesperowany siadł więc na kamieniu, wykonał rzut i, nie obserwując muchy, policzył do trzech, a następnie zaciął. Tak złowił swojego pierwszego wymiarowego lipienia na muchę. Jednego z pięciu tego dnia. Odpowiednio poinstruowany kolega poszedł oczywiście w jego ślady. Gdy pod wieczór schodzili z rzeki, napotkali tego samego wędkarza z Krakowa. Miał trzy lipienie. Gdy dowiedział się, że Piotr z kumplem mają po komplecie, odwracając się, rzucił na odchodne: – Wy przemyślaki zawsze kitujecie przyjezdnych. Nie mógł zwyczajnie uwierzyć, że żółtodzioby zaliczyły po komplecie, podczas gdy on miał tylko trzy rybki.

Piotr zawsze był specjalistą od suchej muchy, a jego umiejętności okazywały się czasami wręcz zabójcze. Choćby wtedy, gdy pewnego letniego wieczoru wyciągnął i – o zgrozo – unieszkodliwił za pomocą sanowego otoczaka miejscową legendę – 50-centymetrowego lipienia z miejscówki zwanej „pod korzeniem”. Do dziś część wędkarzy tak zwie to miejsce w Łączkach, choć owego korzenia nie ma już w nim od kilkunastu lat. Tu muszę wyjaśnić jedną małą sprawę tym wszystkim zwolennikom no-kill, którzy czytając powyższe słowa, zawyli ze wściekłości. No bo jak to – zabił takiego lipienia?! No cóż, czasy były inne, ryb było więcej, a rzadko który muszkarz nosił wówczas ze sobą aparat fotograficzny, aby uwiecznić takie chwile. Zresztą sam Piotr wspominał, że na polu namiotowym wszyscy go poklepywali po ramieniu, gratulowali, cmokali z uznaniem nad rybą, ale jednocześnie czuli się tak, jakby ubył im ktoś bliski. – To jak to tak? – pytali. – Nie będzie już „profesora” spod korzenia?.

Przepadł „profesor”, popłynął niesiony wysoką wodą korzeń, ale zostały jeszcze inne niezliczone ryby, rozsiane po innych sanowych miejscówkach. I trzeba przyznać, że szybko Piotrusiowi wybaczono. Zwłaszcza że gdy któremuś z biwakujących wędkarzy brakowało muszek, walił do „Zajączka” jak w przysłowiowy dym. Warto nadmienić, że Piotrek jest jedyną znaną mi osobą, która potrafiła zawiązać klasyczną lipieniową jęteczkę (kto wtedy słyszał o CDC!?) na haku numer 18, trzymając go w palcach swojej dłoni (!), podczas gdy druga dłoń wykonywała wszystkie czynności „krętacze”, takie jak postawienie skrzydełek, nawinięcie jeżynki itd. Aby nie było zbyt łatwo, kręcenie często odbywało się późnym wieczorem przy zapalonych świeczkach! Bo kto przecież marnowałby najlepszy czas wychodzenia lipieni do suchej na kręcenie jakichś tam prozaicznych muszek. Nie muszę też chyba tu nikogo przekonywać, jak łowne były Piotrkowe „suchary”. W moim pudełku do dziś znajduje się kilka muszek jego autorstwa, które pomimo zaliczenia paru lipieni prezentują się, jakby przed chwilą zostały wyjęte z imadła. Po tym właśnie poznajemy mistrza.

Gdy piszę o „Zajączku”, pierwsza na myśl przychodzi mi oczywiście wspomniana sucha mucha. Bo przecież po dziś dzień właśnie ta metoda kojarzy się większości muszkarzy z Sanem. Nie oznacza to jednak, że Piotr pozostawał niewolnikiem jednej metody. Wiosną bardzo skutecznie poławiał pstrągi na streamera, choć tu akurat szczególnie finezyjny nie był. Ot, zwyczajowa kombinacja – biały puchowiec, czarny puchowiec.

Jednak to właśnie Piotr pokazał mi i kilku innym klubowym przyjaciołom inną, niesłychanie skuteczną metodę połowu pstrągów na Sanie. On nazywał ją „streamerowaniem jętką” i chyba najtrafniej określenie to pasuje do sposobu, w jaki „Zajączek” prowadził imitację jętki majowej! Sam opis metody to materiał na inny artykuł, ale przywołując ją w tym miejscu, chciałem wam pokazać, jak wszechstronnym wędkarzem muchowym jest Piotr. Nawet nie wiem, czy określenie wszechstronny jest wystarczająco pojemne, gdy mowa o tym, co nasz bohater zaczął wyczyniać jakieś 20 lat temu! Otóż nagle praktycznie we wszystkich (czyli dwóch…) pismach wędkarskich w naszym kraju zaroiło się od zgłoszeń rekordowych szczupaków, karpi, karasi, leszczy i innych przeróżnych „mulaków”, łowionych przez jednego i tego samego wędkarza. Tak, nie mylicie się drodzy Czytelnicy – na każdym zdjęciu widniała pogodna buźka „Wikarego”.

Wyczyny Piotrka wzbudziły małe zamieszanie w naszym wędkarskim światku. Większość muszkarskich tuzów oficjalnie podśmiewała się z osiągnięć Piotra, ale tak naprawdę byli mocno zbici z tropu. Jak to powiedział niezapomniany Maks w „Seksmisji” Juliusza Machulskiego: – Ale żeby tak kobieta z kobietą… Parafrazując zatem te słowa: – Ale żeby tak karp, leszcz i lin na muchę… Kiedyś, jadąc na stanowisko podczas Lipienia Popradu, kolega podsłuchał, jak dwóch kadrowiczów, spoglądając na stojącego nieopodal Piotra, wymieniało uwagi w stylu: – O, patrz, to ten, co karpie na muchę łowi… Tu wypada dodać, że przy całym swoim łazikowskim usposobieniu, Piotr kilkakrotnie dał się namówić na start w ogólnopolskich zawodach wędkarskich. Ba, raz nawet stanął z przemyską drużyną na pudle muchowych mistrzostw Polski – rozgrywanych oczywiście na Sanie…

Wróćmy jednak do sprawy ważniejszej – ogromnych Piotrowych ryb. Może teraz w dobie zjawiska, które ktoś kiedyś nazwał „muchą totalną”, takie rzeczy jak złowiony na nimfę dwucyfrowy karp wielkości maciory nie robi już takiego wrażenia. Może. Może nie robi na małostkowych zazdrośnikach. Na mnie robi, i to cholernie duże! Najfajniejsze jednak w podejściu Piotra do łowionych ryb był jego absolutny luz i wręcz perfekcyjne odbrązawianie swoich osiągnięć: – Piotrze, powiedz, jak złowiłeś tego kilkunastokilogramowego karpia?. On zaś z rzeczonym spokojem na to: – No wiesz, zaspałem i jak już wyszedłem z namiotu, to wszystkie lepsze miejsca na szczupaka były już zajęte, więc postanowiłem porzucać w zatoczce, gdzie wiedziałem, że trafiają się duże karpie. I faktycznie, jeden się do muchy przyczepił. Nic dodać, nic ująć. Prawda, jakie to proste? Wystarczy zaspać, pójść w miejsce, gdzie mieszkają karpie, rzucić muchę i już jest.

Nie da się zaprzeczyć, że Piotr łowił ryby ogromne. I nie musiał w związku z tym opowiadać bajek o tych, co to się urwały, nie zapięły się, spłoszyły itd. Nie musiał, lecz nie oznacza to jednak, że jako rasowy wędkarz tego nie robił. Och, ale jak on to robił! Zresztą w jego „opowieściach dziwnej treści” nie chodziło nigdy o to, by zbudować jakąś legendę dotyczącą jego osoby, ale aby stworzyć jak najbardziej niesamowitą historię wokół faktycznie złowionej ryby.

Gdy pierwszy raz Piotr wyruszył ze swoimi woblerami na trocie, miejscowy fachura znad Słupi, widząc tę przynętę, rzucił złośliwie: – To co, blachi już wyrwał, że listewkie założył?. Odpowiedzią Piotra była wyholowana na oczach owego mędrca troć. Zanim gość zniknął za zakrętem „Zajączek” zaliczył kolejną rybę. A były to jego pierwsze trocie w życiu! Gdy wieczorem wszyscy zmierzali już do zaparkowanych przy moście samochodów, „Zajączek” przyciął trzecią rybę. Oczywiście zrobił to na oczach swojego nowego „fana”. Tamten, kompletnie zbity z tropu, zapytał nieśmiało, która to ryba złowiona przez Piotra tego dnia. Odpowiedź była surrealistyczna, ale zważywszy na doświadczenia z owego dnia prawdopodobna: – czternasta.

Innym razem „Zajączek”, pokazując zdjęcia swoich trotek wędkarzowi z południa Polski, skutecznie wmówił rozmówcy, że są to pstrągi potokowe. Wszystkie jak jeden na rekord kraju. Na pytanie tamtego, dlaczego jest na tych zdjęciach taki opatulony, Piotr bez zająknięcia dalej kitował, że to z Podlasia. A tam przecież zima długa… Kiedyś znów, złowiwszy tęczaka, wmawiał tak długo swojemu koledze, że to palia, że ten, gdy wreszcie Piotruś przyznał, iż jest to pstrąg tęczowy, niewzruszony odparł: – Przestań ze mnie walić łacha, przecież widzę, że palia.

O ile w kwestii gatunków poławianych ryb ciężko jest posądzić „Zajączka” o konserwatyzm, o tyle w dziedzinie sprzętu, który stosował, trudno o inne określenie. Piotr nigdy nie gonił za technicznymi nowinkami, bardziej wierząc swojemu wędkarskiemu nosowi, okopconemu niezliczoną ilością skręcanych własnoręcznie Popularnych, doświadczeniu i nieodłącznemu DAM-owi X Kev. Doświadczeniem swym dzielił się chętnie, choć zawsze pozostawiał wędkarzowi pole do własnej interpretacji. Po rozmowie z nim nigdy nie miało się wrażenia, że oto przemówił jedyny, największy i nieomylny autorytet. Zwyczajnie, jeśli posłuchałeś uważnie, a potem – co może i ważniejsze – pomyślałeś, byłeś zwycięzcą. Jeśli natomiast rozmówca mądrzył się i starał się licytować wiedzą, Piotr najczęściej milkł i z całą pewnością to nie on wychodził uboższy z takiego spotkania. „Zając” nie tylko pomagał, dzieląc się swoją wiedzą, ale zawsze chętnie podratował woblerami, muchami czy inszym sprzętem. Nigdy nie zapomnę mu tego, że właśnie pewnego pięknego dnia w paczce z Przemyśla przyszły nasze pierwsze prawdziwe kołowrotki muchowe made in Poland (!) i spodnie do brodzenia! Tak prawdę powiedziawszy, to poniekąd właśnie Piotrek zrobił z nas muszkarzy. Do zobaczenia nad Sanem, „Zajączku”!

 

Tekst i zdjęcia: Przemek Lisowski

Written by - - 535 Views