artykuły, slider

Wiesent – bawarska biała dama

Wiesent – bawarska biała dama

O wyprawie nad pewną rzekę, w której pstrągi umierają głównie ze starości, łowieniu w jej białej toni, a także początkach wędkarstwa muchowego u naszych zachodnich sąsiadów opowiada Robert Tracz. Zapraszamy do lektury!

 

Muszkarstwo niemieckie wywarło znaczący wpływ na rozwój tej metody wędkarstwa w Polsce. W Niemczech natomiast połów na sztuczną muchę zaszczepił wybitny muszkarz angielski John Horrocks. Ożeniony z Niemką osiadł w 1870 roku w Turyngii, w Weimarze. Bywał na salonach i ziemiańskich dworach, na których rozpowszechniał wiedzę na temat muszkarstwa, no i oczywiście łowił na niemieckich rzekach. W ciągu kilkunastu lat, wzorem angielskich arystokratów i właścicieli majątków ziemskich, wędkarstwo muchowe rozpowszechniło się wśród niemieckiej inteligencji, urzędników państwowych, ziemian oraz ludzi wolnych zawodów.

Zaczęły powstawać firmy i manufaktury produkujące sprzęt wędkarski. W 1875 roku w Monachium powstała firma DAM, a w krótkim czasie po niej firmy H. Stork oraz Wieland-Hildebrandt, wytwarzające m.in. wędki klejone, muchy i różnego rodzaju akcesoria. W firmach tych zaopatrywali się także polscy muszkarze, w tym profesor Józef Rozwadowski, który zachwalał niemieckie produkty, twierdząc, że nie są gorsze od angielskich, natomiast znacznie tańsze. Nauki, teorie i pasje Johna Horrocksa przejął, kontynuował i propagował ekonom i posiadacz ziemski z Łużyc Max von dem Borne, autor książki „Die Angelfischerei” (1875), w której opisał również sprzęt muszkarski, imitacje owadów i techniki połowu. Jako pierwszy w Niemczech zajął się także sztucznym rozrodem ryb, badał ich migracje i choroby. Z jego inicjatywy zbudowano pierwszą przepławkę na Pomorzu, konkretnie na Wieprzy w Darłowie. Wraz z innym pasjonatem ryb łososiowatych, nauczycielem Mohnikem ze Słupska, zarybiał Słupię smoltami troci wędrownej. 

Pod koniec XIX wieku powstały pierwsze towarzystwa wędkarskie, a w 1900 roku założono niemiecki związek wędkarski. Tak w dużym skrócie przedstawiają się początki muszkarstwa u naszych zachodnich sąsiadów.

Tym, którzy chcieliby poszerzyć swoją wiedzę na ten temat, polecam publikacje mojego kolegi z Berlina Georga Moskwy – m.in. opracowanie „Wędkarstwo muchowe w Niemczech”, dostępne w internecie. To w dużej mierze dzięki Georgowi miałem możliwość poznać w tym roku w maju bawarską rzekę Wiesent. Skojarzenie jej z białą damą wynika stąd, że po pierwsze niesie pokredowe, przybielone wody, a po drugie, że jest urodziwa, zmienna i nieco kapryśna – niczym prawdziwa podziwiana i adorowana przez wielu dżentelmenów dama.

Wiesent przez 78 kilometrów zmiennym nurtem przewija się przez Szwajcarię Frankońską, aby znaleźć ujście w dopływie Menu – rzece Regnitz. Sceneria, wśród której toczy swe białe wody, jest nadzwyczaj malownicza. Otulinę rzeki stanowią lesiste wzgórza, poprzetykane skałkami, urwiskami i jarami. Co kilka kilometrów widnieją jakby poprzyklejane do skał stare zameczki, kościółki i klasztory. Cała dolina rzeki jest wzorowo zagospodarowana pod kątem turystyki i rekreacji. Jest mnóstwo wytyczonych ścieżek i tras dla walkingu, joggingu, rowerzystów oraz posiadaczy quadów i motorów crossowych. Liczne gościńce, karczmy i zajazdy zlokalizowane przy trasie wzdłuż rzeki serwują specjały bawarskiej kuchni oraz regionalne gatunki piwa. Rzeka, która w wielu fragmentach ma górski charakter, jest również użytkowana przez kajakarzy, co szczególnie w weekendy bywa uciążliwe dla wędkarzy. Natomiast rybom to absolutnie nie przeszkadza i często ujawniają się pomiędzy płynącymi kajakami.

 

Po wcześniejszym zabukowaniu licencji (koszt to od 25 do 30 euro dziennie) i po przebyciu z Trójmiasta ponad 800 kilometrów meldujemy się w czwórkę w miasteczku Waischenfeld, w urokliwym, położonym tuż przy rzece pensjonacie, przerobionym ze starego młyna. Po śniadaniu właściciel Robert Hofmann sugeruje, abyśmy zabrali trochę chleba dla pstrągów, co wywołuje w nas lekką konsternację… Z kładki nad rzeką karmimy dorodne pstrągi potokowe, które w efektownych wyjściach zbierają go z powierzchni wody. Żeby dobrze połowić na rzece, trzeba najpierw zadbać o te przy hotelu. Na trawniku za młynem Hofmann senior prowadzi szkółkę muszkarską – kilku młodych adeptów muchowania ćwiczy pod jego okiem rzuty.

Na Wiesent mamy do dyspozycji trzy sektory od półtora do dwóch i pół kilometra długości, których dzierżawcą jest pan Hofmann. Rozdzielamy się po dwóch na sektor i rozjeżdżamy. Brodzenie jest zabronione, ale nie jest to żadnym problemem, bo rzeka w najszerszych miejscach ma od kilkunastu do dwudziestu metrów i muchę można położyć wszędzie. Haki rzecz jasna bez zadziorów. Dziennie można zabrać jedną rybę, lecz po jej zabiciu trzeba zejść z łowiska. W wodzie występują głównie pstrągi potokowe i tęczowe z niedużą obecnie domieszką lipienia, którego populację przetrzebiły kormorany. Trwa odbudowa pogłowia, a aktualny wymiar ochronny wynosi 45 centymetrów. Do kormoranów natomiast się strzela bez żadnych skrupułów.

Trafiamy z Januszem na łąkowy odcinek ze stosunkowo spokojną, leniwie płynącą wodą. W takiej wodzie potokowce…? A jednak są, i to w dużej liczbie – w południe zaczyna się roić czarna mucha zwana Bibio i rzeka ujawnia swoje bogate zasoby. Tu pstrągi umierają głównie ze starości. Nie miałem identycznej imitacji w pudełku, ale dobieram zbliżoną i udaje mi się przechytrzyć kilka średniaków. Po dwóch godzinach rójka się kończy, więc przestawiam się na streamera i w przewężeniu rzeki, przy dużych głazach w nurcie, mam ponad dziesięć zdecydowanych brań. Kilka pstrągów zapinam, kilka innych spada. Wszystkie są ponad wymiar.

Po południu pojawiają się chruściki i pod gałęziami drzew, niemal pod samym brzegiem, naprzeciwko mnie dostrzegam liczne zbiórki. Wiążę niezawodnego chrusta z sarniej sierści i przystępuję do bezkrwawej egzekucji… To tęczaki – dzikie, spasione, waleczne. Poustawiały się jak na defiladzie i bez kapryszenia, jeden po drugim, zgarniają imitację. Największy ma 40 centymetrów, a może i nieco ponad. Wieczorem słodko zmęczeni pitrasimy obiadokolację i z butelką „Jasia” na tarasie rozpamiętujemy wydarzenia dnia. Połowili wszyscy. Towarzyszy nam Wiesent, która cicho mruczy wieczorną kołysankę.

 

Drugiego dnia dobija do nas Kazek Czyż, sympatyczny góral znający doskonale rzekę, od lat mieszkający w Niemczech. Udziela nam cennych rad i obdarowuje swoimi streamerami. Wymieniamy się sektorami, Kazek zabiera się z Jackiem i Krzysztofem. Na szerokiej płani przed elektrownią daje pokaz efektywnego oraz efektownego łowienia. Na imitację larwy jętki majowej w krótkim czasie łowi kilkanaście tęczaków. Koledzy nie pozostają zbytnio w tyle.

Ja się decyduję na Kazkowego streamera. Duży, biały, puchaty, wielkości małego lipienia zdaje swój egzamin celująco. Pięknie pracuje w toni i skutecznie wywabia pstrągi z kryjówek. Zapinam pięć lub sześć potokowców od 35 do 45 centymetrów. Nie silę się na ich wyholowanie i pod brzegiem pozwalam im zejść z bezzadziorowego haka. Później powtarzam odcinek i doławiam jeszcze dwa ładne pstrągi. Inny, także niezgorszy klocuszek, odprowadza streamera, podskubując go, prawie pod moje nogi. Przyspieszam ściąganie i pstrąg wyskakuje za nim nad powierzchnię wody, jednak nie trafia w przynętę.

W następnym dniu „obrabiamy” z Januszem kolejny sektor. Mocno wieje wzdłuż rzeki, co wymusza sięgnięcie po nimfy. W głębokiej, wartkiej rynnie za mostem drogowym na dużą, różową nimfę łowię dwa spore lipienie, tęczaka, trzy potoki i spinam jednego pod pięćdziesiąt centymetrów. Janusz poniżej na długiej prostce na mokrą wybiera skutecznie z dołków potokowce. Ryby są wszędzie.

W pensjonacie Krzysztof relacjonuje nam walkę z pstrągiem na ponad 60 centymetrów. Po kolacji właściciel pensjonatu częstuje nas nalewkami własnej produkcji, my rewanżujemy się polskimi produktami o nieco większej „sile rażenia”. Po kolejnym toaście za zdrowie rybek rozumiemy już niemal wszystko po niemiecku, a gospodarz po polsku.

Czwartego dnia pogoda się załamuje, leje jak z cebra, lecz mimo to jedziemy nad rzekę. Na jakąkolwiek rójkę owadów nie ma szans, niemniej na streamery i nimfy łowimy po kilka sztuk. Około południa poddajemy się, pakujemy manatki, kłaniamy się „białej damie” i w ciągle padającym deszczu ruszamy w drogę do domu. Kazek zostaje zaproszony na pomorskie trocie, a my ponownie nad Wiesent. Może następnym razem uda się połowić w czerwcu podczas rójki jętki majowej. Postaramy się zjawić po raz drugi nad tą piękną i rybną rzeką, lecz trudno powiedzieć, czy będzie to możliwe, bo w tym okresie pierwszeństwo wykupu licencji mają wędkarze niemieccy.

 

Tekst: Robert Tracz

Zdjęcia: Kazimierz Czyż i Krzysztof Szala

Written by - - 101 Views