artykuły

Wymiar „ochronny”?

Zarybiamy, chronimy, pilnujemy, a ryb nie ma. Coś dziwnego dzieje się na naszych łowiskach. Melioranci z PRL-owską wizją prostowania, przegradzania i odwadniania; dalej zanieczyszczenia, kormorany… Wszyscy, tylko nie wędkarze.

Wystarczy zamknąć wodę dla wędkarzy na kilka lat, wykluczyć amatorski połów, by ryby powróciły. Może nie wszystkich gatunków, ale ekosystem znów ożywa. Analogicznie, ograniczenie presji wędkarskiej przez wprowadzenie dodatkowej, relatywnie drogiej dniówki i zakaz zabierania ryb z łowiska da efekt podobny jak przy całkowitym zakazie łowienia.

W czym w takim razie leży problem? Tu należałoby się pochylić nad wymiarem gospodarczym i limitem ilościowym ryb możliwym do zabrania w trakcie amatorskiego połowu.

Obecnie obowiązujące przepisy w swej genezie pamiętają jeszcze czasy PRL-u – z jednej strony jeszcze bardzo rybne wody, z drugiej chęć podreperowania domowego budżetu białkowego darmową rybą. I to pamiętne hasło: jedzcie dorsze, bo g…. jeszcze gorsze. Co byśmy teraz dali, by dorszy (i nie tylko) było tyle, co wtedy… Opamiętanie jak zwykle przychodzi za późno, a alarmy specjalistów na niewiele się zdają. Zwykły śmiertelnik nie dostrzega tego, co w wodzie. Można wybić wszystko w pień, koryto wyrównać spychaczem, postawić betonowy próg. Opinia dostrzega tylko płynącą wodę po „malowniczych” betonowych kaskadach lub jezioro w miejscu przepięknego niegdyś przełomu rzeki. Taki sztuczny twór też się nadaje na wakacje… Gdyby zadać podobny cios pierwotnej puszczy, oburzenie opinii publicznej i alarm medialny nie miałyby końca. Co dziwne – my, choć bardziej świadomi degradacji ekosystemów wodnych, na wszelkie ograniczenia w kwestii prawa do zabierania ryb godzimy się niechętnie.

Wymiar ochronny

Jego głównym celem jest umożliwienie odbycia choć jednego tarła przez gatunek poławiany. Podejście jak najbardziej słuszne, jeżeli odbycie jednego tarła wystarczy do pełnej odbudowy stada tarłowego na wodach eksploatowanych przez rybaków, nastawionych na maksymalne wykorzystanie produkcji rybackiej ekosystemu. Duże, stare osobniki, świadczą o źle prowadzonej gospodarce rybackiej. Mają mniejsze przyrosty od osobników młodszych (gorsze wykorzystanie pokarmu), zajmują większą niszę ekologiczną, ograniczając w ten sposób produkcję. Jednak czy w naszym interesie jest, by łowiska przypominały pole orne z ziemniakami?

Pytanie czy w przypadku gospodarki rybackiej ukierunkowanej na wędkarstwo, takie podejście jest prawidłowe? Popatrzmy przez pryzmat naszych wód i ich wiecznego niedoboru ichtiofauny. Tu każdy osobnik znajdzie dla siebie miejsce. Nie ma również powodu, by odławiać ryby (których możliwości wzrostu w naszych wodach są ogromne) tylko dlatego, że osiągnęły wymiar ustanowiony jako ochronny.

Przykładami mogą być szczupak i sandacz. Ich wymiar ochronny wg Rozporządzenia to 45 cm, a wg RAPR PZW 50 cm. W naszych wodach rosną bardzo szybko, żyją kilkanaście lat, osiągając około 1 m długości i 10 kg wagi. Zabijamy je, gdy osiągną 10% swoich możliwości wagowych! Szczupak w wieku 4+ (ponad czteroletni – przyp. red.) przekracza 50 cm długości, a rok później w Zbiorniku Dobczyckim osiąga średnio 64 cm i 1,99 kg, a w wieku 6+ 75 cm i 3,18 kg (Wójcik, 2003). Sandacz tempem wzrostu niewiele ustępuje szczupakowi. Pstrąg potokowy w żyznych wodach rośnie szybko i osiąga 50–60 cm długości i wagę 2 kg i więcej. Już w wieku 3+ potrafi przekroczyć wymiar. Dla porównania dziesięcioletnia płoć ma 205 g (Wilkońska, 1975).

Atrakcyjność wody

To drugi ważny aspekt tej układanki. Nie ma wątpliwości, że najciekawsze z wędkarskiego punktu widzenia jest ta woda, w której pływają wszystkie roczniki; gdzie oprócz małych i średnich osobników czasem mamy przyjemność spotkania z naprawdę dużą sztuką. Jednak jak to połączyć z ogromną presją wędkarską i obecnym wymiarem ochronnym? Wg mnie nie ma takiej możliwości. Jedynie zarybienia starymi wyeksploatowanymi tarlakami z obiektów hodowlanych w jakimś zakresie na chwilę ratują honor wody, gospodarza i wędkarza. Mina trochę jednak blednie, gdy ichtiolog patrzący na zdjęcie naszego trofeum sprowadza nas na ziemię, oznajmiając, że ryba, którą złapaliśmy, przez całe życie jadła granulat, a na widok człowieka podpływała z otwartym pyskiem do powierzchni. Ot, w rzece po prostu pływa od tygodnia.

Wychodzi zatem na to, że nie mamy wielkiego wyboru i przy obecnej presji ze strony wędkarzy, chcąc mieć atrakcyjne i zasobne w ryby łowiska, musimy wprowadzić ograniczenia w wymiarze ochronnym również od góry, zostawiając tzw. widełki dla tych, którzy chcieliby rybę zabrać. W praktyce dałoby to nie tylko możliwość zabrania kompletu z wody, ale przede wszystkim – złowienia (a nie tylko usilnych prób) tych ryb, które na długo pozostają w pamięci.

Limity ilościowe

Jest to kolejne – możliwe, że najbardziej kluczowe – zagadnienie. Te limity, które mamy obecnie, to relikt minionej epoki. Analizując je i przeliczając, ile ryb można zabrać w ciągu jednego dnia z zasobnej wody, z powodzeniem da się otworzyć centralę rybną lub uszczęśliwić rybką wszystkich sąsiadów. Już w latach 80. ograniczenia te były zupełnie oderwane od rzeczywistości, choć ryb jeszcze było sporo. Doprowadziło to do szybkiego wytrzebienia populacji. Niestety część z tamtych limitów przetrwała w nieznacznie zmienionej formie do dzisiaj lub zmodyfikowano je dopiero w ostatnich latach. Chodzi tu m.in. o reofilne karpiowate, których sytuacja jest w wielu wodach tragiczna, a techniki chowu i moc zarybieniowa w lesie za potrzebami ekosystemów. W kręgu naszych zainteresowań (czytaj: zarybień) są ryby z płetwą tłuszczową, inne gatunki zaś pozostają na marginesie. Dochodzi do sytuacji, gdy dla niektórych gatunków RAPR przewiduje limit dzienny 10 sztuk. Może najwyższa pora dać tym gatunkom, skrajnie zagrożonym w wielu rzekach, odpocząć?

Widać już próby dodatkowego ograniczania limitów tu i ówdzie. Tak by nikt się nie obraził, by komuś nie podpaść. Dopisać do rejestru kolejny gatunek objęty limitem rocznym, po jednym, po cichu, raz w roku… Do limitu, który i tak wygląda jak zamówienie w hurtowni. Trudno takie zmiany wprowadzić w radykalny sposób w społeczeństwie, które przez kilkadziesiąt lat było nauczone ratować wędkarstwem domowy budżet białkowy – ku pożytkowi rodziny i sąsiadów.

Konkluzja

Jest, lecz nie napawa optymizmem. W zasadzie patrząc na obecną sytuację, nie wiem, czy doczekamy się przepisów dających możliwość utrzymania dzikiego stada tarłowego w połączeniu z amatorskim połowem ryb. Obawiam się, że prędzej wybijemy wszystko w pień, zwalając winę na wszystkich i wszystko wokół, od czasu do czasu przeklinając „no-kill”.

Do napisania tego artykułu skłoniły mnie z jednej strony oklepane już dyskusje o wymiarach widełkowych, które wciąż wywołują emocje; z drugiej moje skandynawskie podboje z wędką i plecakiem. Tam nikogo nie dziwi, że na wielu łowiskach pomimo obfitości ryb wszystkich roczników, wolno na przykład zabrać (i to wyjątkowo) tylko jednego pstrąga o wymiarze powyżej 40 cm, dla siebie na ognisko. Nie wolno filetować, mrozić i wywozić złowionych ryb. Ludzie zdają sobie sprawę, jak bardzo ograniczone są zasoby naturalne i jak łatwo je przetrzebić. Nadmiernie wyeksploatowane łowiska bardzo trudno przywrócić do stanu wyjściowego, nawet pomimo całkowitego zaniechania połowów i sporych nakładów zarybieniowych.

A zatem co tak naprawdę chronią obecne wymiary? Z pewnością nasze prawo do usmażenia bardzo młodej ryby nim ją złowi nasz kolega, a także prawo wyłowienia wszystkiego do szczętu. Wolę mieć możliwość zabrania tylko niektórych ryb niż regulamin dający wolność nad bezrybną wodą. Czekanie na wiadomość o zarybieniu handlówką, by coś złapać w podwodnej pustyni – co to ma wspólnego z wędkarstwem?

 

Tekst: Sylwester Wójcik

Zdjęcia: Igor Glinda, Maciej Rogowiecki, Łukasz Ostafin.

Written by - - 82 Views