artykuły, slider

Spring Fly czyli Sprężynka

Spring Fly czyli Sprężynka

Angielskie słowo spring w swoim podstawowym znaczeniu to oczywiście wiosna, czyli piękna lecz kapryśna panna, która w tym roku wyjątkowo długo nie chciała do nas przyjść. Określenie to oznacza również sprężynę, a jako czasownik odwołuje się do procesu relatywnie szybkiego uwolnienia nagromadzonej energii, skutkującego nagłym pojawieniem się. W abstrakcyjnym ujęciu dosyć czytelny staje się zatem mechanizm łączący semantycznie tak odległe, zdawałoby się, znaczenia – tak jak pajacyk wyskakuje na sprężynce z pudełka, tak i wiosna lubi nagle eksplodować słońcem, zielenią i brzęczeniem much. Choć w muchach z niniejszego tekstu sprężynka pojawia akurat w skrajnie przyziemnym znaczeniu – po prostu jako kawałek zwiniętego drutu. 

Będąc szczerym, to ten cholerny haczyk w środku muchy przeszkadzał mi od zawsze. Ot, kawał żelastwa tkwiący dokładnie tam, gdzie nie powinno być nic, co zatrzymuje światło. Transparentność to jedno z niewielu pojęć, które łączą muszkarstwo z polityką, jednakowoż w obydwu dziedzinach, często okazuje się być jednym z tych najistotniejszych.

iało większości owadów, zwłaszcza w pewnych stadiach rozwojowych, cechuje wyraźnie zauważalna przezroczystość i bardzo często to właśnie jej brak skazuje nasze przynęty na porażkę już na starcie. Dążenie do uzyskania przepuszczających promienie świetlne tułowi muszek jest stare jak flytying i między innymi właśnie dlatego jedwab jest od wieków podstawowym, klasycznym i nawet dziś, często niedoścignionym w swej aparycji muchowym substratem. Chyba każdy, kto zaprzyjaźnił się z imadełkiem, prędzej czy później przeżywa „kryzys braku transparentności”, dotyczący niedoskonałej anatomii jego muszek. Nie będę ukrywał, że moja bobinka ma na tym punkcie (raczej niegroźną) obsesję i co sezon domaga się w tej materii świeżej kropli… prawdy!

Ale z tą prawdą też od zawsze jest problem. Ileż to razy wydawało Ci się, że coś wiesz na pewno, że coś jest takie, jakim je widzisz, ile razy bez wahania przyjąłeś zakład i… przegrałeś? Nie, to nie jest tani frazes z pseudofilozoficznej wycieczki na bezrybne wody abstrakcji – wrażliwy czytelnik zapewne już się domyślił, że to metafora mechanizmu, który musi zadziałać tam na dole, pod powierzchnią, aby tu, na górze móc obserwować hol szalejącego srebra. Patrząc bowiem z pewnej perspektywy, muszkarz staje się prestidigitatorem, który prezentując swe iluzje wierzy, że odbiorcy jego sztuki do końca nie zorientują się, że tak naprawdę są głównymi bohaterami opowiadanej przez niego historii. Oczywiście w tym miejscu musi pojawić się odwieczny spór halfordowskiej dosłowności ze szkockim flyimpresjonizmem – imitować realistycznie i jak najwierniej, czy raczej próbować stworzyć wrażenie, które na moment oszuka zmysły? Wbrew pozorom nie jest to pytanie retoryczne – gdyż, jak wbijano nam do głowy w szkole, na takie podobno się nie odpowiada. Dodatkowo trzeba pogodzić się z faktem, że nie istnieje na nie żadna „jedyna” czy „poprawna” odpowiedź. Co więcej – brak odpowiedzi również jest odpowiedzią, natomiast jakakolwiek próba udzielenia odpowiedzi implikuje konstatację, o braku możliwości udzielenia takowej w jednoznacznej formie. Mówiąc zaś bardziej po ludzku – w tak zwanym prawdziwym życiu z rybami jest jak z dziewczynami: statystycznie najlepszy jest złoty środek – trochę trzeba się znać i wiedzieć co i jak poudawać, ale trzeba też zwyczajnie nieco pobajerować i umieć delikatnie poczarować. Tak, żeby całość wyglądała prawdopodobnie, a najlepiej – prawdziwie.

 

A jak to wszystko ma się do „prawdziwego” wiązania much? Czy te wszystkie wodotryski są w ogóle do czegoś potrzebne? Jeśli jakiś wzór działa (utilitas) to może – zgodnie z kanonem Witruwiusza – powinniśmy po prostu zatroszczyć się o jego trwałość (firmitas) i już będzie pięknie (venustas)? Na szczęście ryby nie znają łaciny i nie da się ich złapać na żadną krzywą gadkę. Na dodatek w mig uczą się naszych przynęt i bardzo szybko zaczynają omijać – skądinąd genialne – „uświęcone tradycją” imitacje. Jedyną, skuteczną metodą w takich sytuacjach jest sięgnięcie po coś nowego, coś co jeszcze nie ukłuło rybiego pyska, po prostu coś innego. A jeśli to coś przy okazji będzie jeszcze przypominało żarcie, to szanse na zwycięstwo wzrosną znacząco. 

Osobiście zawsze staram się wyłowić z tej całej, dynamicznej, owadzio-rybiej układanki jakiś charakterystyczny element – najbardziej wyróżniający się puzzel, który podpowiada, jak ułożyć większą całość. Bardzo często coś, co w całej tej owadziej masie i strukturze, jako pierwsze rzuca się w oczy, jest elementem decydującym o rybiej decyzji „zjeść – nie zjeść” i w konsekwencji przekłada się na ewentualną konieczność sięgnięcia po podbierak. Tę właśnie cechę określamy z angielska jako trigger, czyli po naszemu jako spust, cyngiel, lub chyba najzgrabniej – wyzwalacz. W przypadku owadów i wielu innych organizmów wodnych to wydłużony, prążkowany i półprzezroczysty odwłok jest bezsprzecznie najsilniejszym znakiem rozpoznawczym. Jest on jednocześnie sygnałem dla drapieżników informującym, że to smakowita porcja białka i energii, której – jeśli się porusza – nie należy pozwolić odpłynąć. Czasami zdarza się, że proteiny same spadają na wodę i bez ruchu czekają na powierzchni zdając się mówić „zjedz mnie!” – jak to ma miejsce na przykład w przypadku spentów jętek. Paradoksalnie, łowienie w takiej sytuacji wcale nie rozpieszcza obfitością ryb, które co prawda bezwstydnie opychają się umierającymi imagines, ale robią to tak skrajnie selektywnie, że w praktyce rzadko udaje się dobrać skuteczną imitację. Na ogół w podbieraku ląduje raptem kilka ryb, co w porównaniu z milionami oczek dookoła sprawia, że z dokładnością do trzeciego miejsca po przecinku nie ma statystycznej różnicy w stosunku do powrotu o kiju w dniu, kiedy oczek nie ma w ogóle. Bywają jednak i takie sytuacje, że prawdziwym problemem jest w ogóle stworzenie odpowiedniej przynęty – jakiejkolwiek, która w najmniejszym choć stopniu zainteresowałaby aktywnie żerujące ryby. I to są właśnie okoliczności przyrody, które wymagają użycia przynęt klasy Wunderwaffe – czegoś nowego, innego, ale też w najwyższym stopniu insektokształtnego.

prężynka, jest w założeniu „robakiem” do takiej właśnie, niewdzięcznej roboty. Powstała w celu przechytrzenia kilku rabiańskich kabanów, które przez dwa sezony były dla mnie jak duchy… zupełnie nieuchwytne. Mówiąc szczerze – przez długi czas byłem pewien, że to spore lipienie: oczka były maleńkie i delikatne, na samej końcówce płani, a całe to żerowanie było niezwykle subtelne, niemal… kobiece. Pamiętam doskonale pewien sierpień – Raba jest urzekająco piękna pod koniec lata, ale na Neptuna, ileż można rzucać wśród oczkujących ryb i nie mieć ani jednego brania!? Spędziłem wówczas nad nimi dobre kilkadziesiąt godzin, a wynik był dokładnie taki, z jakim zacząłem. Zapach letnich wieczorów nad naszą rzeką jest wystarczającą nagrodą, ale przecież wiadomo było, że potrzebny mi był jakiś patent. Wiedziałem, że chodzi o spenty niewielkich jęteczek, widziałem dokładnie jak wyglądają, a jednak nie byłem w stanie ukręcić muchy, która by zadziałała. Przez cały czas miałem wrażenie, że chodzi o ten kawał żelastwa tkwiący wewnątrz ich delikatnych, transparentnych ciał i że to właśnie „zniknięcie” haczyka będzie w tej całej bajce kluczowe. Piszę o tym wszystkim z tak dużą pewnością, bowiem do końca owego sierpnia udało mi się przechytrzyć… siedem rabiańskich smoków! Co prawda, tylko dwa wylądowały w moim podbieraku, zaś pozostałe pięć odpłynęło nie pytając nikogo o zdanie – lecz to i tak niezły wynik, biorąc pod uwagę pstrągi 60+ na przyponie 0.12mm. Raba w lecie mocno się nagrzewa i dlatego należy świadomie kontrolować czas holu – mając na kiju dużą rybę, która widać, że łatwo się nie podda, czasami lepiej jest zwyczajnie wyprostować wędkę, niż udowadniać światu swój kunszt techniczny. Moje kropkowane smoki odpływały wówczas zabierając na pamiątkę kolejne Sprężynki – dlatego wiem na pewno, że bardzo im się spodobały. Zresztą nie tylko im – od tamtego czasu Sprężynki uwiodły także wiele innych ryb, w tym kilka tych „niemożliwych”.

Sprężynka jest bardzo prostą konstrukcją – spiralę utworzoną z drutu wypełniamy żelem UV i utwardzamy. Od tej chwili możemy mówić o materiale kompozytowym – czyli takim, jak na przykład żelbet – którego właściwości nie są już prostą sumą czy średnią cech jego składników, lecz na zasadzie synergii, współdziałania i wzajemnego uzupełniania się tworzą zupełnie nową, inną pod określonymi względami całość. Warto również zauważyć, że metalowa spirala stanowi zewnętrzny szkielet dla wypełniającej ją żywicy UV, a więc w możliwie najbardziej zbliżony do natury sposób stara się naśladować anatomiczną budowę „muchowych” (nomen omen) bezkręgowców, których chitynowe pancerze pełnią równocześnie funkcję egzoszkieletu. Innymi słowy na zewnątrz znajduje się lekka konstrukcja strukturalna, którą wewnątrz wypełniają transparentne struktury ciała i organy wewnętrzne – i trzeba przyznać, że Sprężynka wpisuje się w ten schemat niemal mimikrycznie. Z oczywistych względów skojarzenia z przezroczystymi odwłokami spinnerów jętek nasuwają się jako pierwsze, ale z dużym powodzeniem Spring Fly na mokro występuje również w drużynie chruścików (zwłaszcza jako larwa a także wychodzące imago błędnie określane jako pupa) oraz ochotek – szczególnie apetycznie jako buzzer.

To jak? Do zobaczenia w sierpniu nad Rabą?

 


1. Krok pierwszy – budujemy elektromagnes – na igłę nawijamy drucik, najlepiej o grubości 0.1-0.2 mm.

2. Zewnętrzny część zwojów zsuwamy z igły tworząc lekko rozciągnięta sprężynę.

3. Zacieśniamy zwoje tak, aby drut przyjął koniczny kształt ostrza igły.

4. Zsuwamy drucianą konstrukcję z igły, sprawdzamy kształt helisy oraz rozstaw jej zwojów. To też czas na ewentualne korekty – jeśli trzeba nakładamy ją znów na igłę i odpowiednio modelujemy.

5. Gdy uznamy, że jest OK – odcinamy zbędną końcówkę.

6. Tak uzyskaną sprężynkę traktujemy jako formę traconą – wypełniamy ją żelem UV i utwardzamy. Jeśli przed użyciem żelu UV wsuniemy do wnętrza helisy materiał na przyszły ogonek albo kolorowe wypełnienie, na przykład z flesza, to okaże się, że możliwości adaptacji tej prostej formy są naprawdę spore. Gdy zaś do zabawy włączymy dodatkowo flamastry permanentne, to ograniczać zacznie nas już tylko własna wyobraźnia.

 

 

Written by - - 283 Views