artykuły

Skandynawia na luzie

Skandynawia na luzie

Plan na wakacyjny wyjazd był prosty: jedziemy z chłopcami na północ i łowimy po drodze, na wcześniej wytypowanych rzekach. Oryginalna lista była długa, ale w to wszystko wmieszała się pogoda i musieliśmy ją okroić. Fala upałów dotarła też do Skandynawii i narobiła bałaganu, do tego stopnia, że nasi dzielni strażacy pojechali do Szwecji gasić pożary. Na szczęście nastąpiło to już po naszym powrocie do domu.

Jak wiadomo brak opadów, wysokie temperatury i bezchmurne niebo, to przepis na klęskę jeśli chodzi o łososie. A to przecież dla nich pofatygowaliśmy się na drugą stronę Morza Bałtyckiego. Swoją drogą sama przeprawa promowa dla dzieciaków stanowiła atrakcję. Taka sobie kolacja, mecz  na dużym ekranie i sędzia kalosz, soczek z parasolką, nocleg na morzu i pobudka o jakieś dwie godziny wcześniej, niż bym sobie tego życzył…

Szwedzkie rzeki na początku lipca stanowiły w większości obraz nędzy i rozpaczy. Woda ledwo się sączyła między kamieniami. Wszędzie lipa, a droga niemiłosiernie się dłużyła kierowcy, czyli mnie. Nawet Byske, żelazny punkt programu, postanowiłem odpuścić. Bałtyckie łososie nie były nam pisane. Dopiero po dotarciu do Norwegii rozłożenie sprzętu miało sens. Zresztą innej alternatywy nie było. Albo złapiemy łososia, albo bohatersko polegniemy próbując go złapać. I pierwsze dni niestety wskazywały na wariant drugi. Wyobraźcie sobie taką scenę. Zachodzimy na odcinek poniżej wodospadów. Woda w rzece krystalicznie czysta, ryby widać jak na dłoni, a jak ktoś niedowidzi, to na pewno dosłyszy, bo co chwila srebrna sztaba przewala się na powierzchni. Chłopcy z zapałem wzięli się do łowienia. Benio rozemocjonowany podaje muchę do każdego skaczącego łososia w zasięgu rzutu. Bardziej doświadczony Maksio wpada w rytm łososiowej mantry, rzut i krok w dół, tylko głowa podąża za chlupotem, to z lewej, to z prawej strony. A ja z góry patrzę jak łososie olewają wysiłki moich dzieci. Zmiana muchy, w poprzek, po skosie, głęboko, płytko. Przynęty dosłownie przepływają od rybich pysków o centymetry, bez najmniejszej reakcji. Oj, będzie ciężko.

Zmiany łowiska też nie wiele przynosiły. Jedynie drobnica miała apetyt i podtrzymywała zainteresowanie chłopców rybałką, bo przecież każde kolejne branie to mógł być łosoś.

Mogliśmy jedynie liczyć, że załamanie pogody przyniesie poprawę. I tak też się stało, ale bez szału. Bo z dużej chmury był mały deszcz, a w zasadzie kapuśniaczek, nie mający żadnego wpływu na poziom w rzece. Za to chmury pomogły. Łososie poczuły się pewniej i wreszcie udało się chłopcom zaliczyć kilka kontaktów ze zmiennym szczęściem.

Benio niestety stracił swojego jedynego łososia, nad czym długo ubolewaliśmy. Natomiast Maksio wyszedł z bojów zwycięsko i do kolekcji łososi ze Szkocji i Kanady dodał teraz też norweskie. Ma chłopak pewną rękę i szczęście. Bo nawet kiedy puszczaliśmy Benia przodem, to ryby wyciągał starszy brat, co nie zawsze budziło entuzjazm u młodszego. Ja ograniczyłem się do kierowania ruchem nad wodą, zmianą much, instruktażem młodszego syna i targaniem prowiantu, co już powoli staje się normą moich wyjazdów z synami. Z całego wyjazdu uszczknąłem dla siebie około 15 godzin łowienia. Straciłem trzy łososie, z czego jeden, ponad metrowy, sponiewierał mnie okrutnie na oczach dzieci. Musiałem odbudować ojcowski autorytet oranżadą i chrupkami przy okazji półfinału mistrzostw świata. Dobrze, że chociaż nasi, czyli Chorwacja, nie spękali.

Pogoda wróciła do normy, a łososiom wrócił muchowstręt. Jedynie wędkarze łowiący w godzinach umownie nocnych, bo był to okres białych nocy, mieli jako takie wyniki. Zamiast katować wodę z uporem maniaka, opuściliśmy Norwegię wcześniej i przenieśliśmy się do Finlandii, która nie jest co prawda częścią Skandynawii, ale było nam po drodze. Łososiowe wędki zostały zastąpione subtelniejszym sprzętem w klasie 3 i 4 i chłopcy poćwiczyli ryby mniejszego kalibru. Tu też nastąpiła niespodziewana zmiana lidera. Benio odegrał się starszemu bratu i z małą pomocą z mojej strony skutecznie kosił lipienie i pstrągi. A że pogoda była ku temu odpowiednia, to wodery zastąpiliśmy sandałami i na lekko i mokro odkrywaliśmy nowe dla nas tereny.

Wyjazd, tempem był dopasowany do dzieci, więc po spełnionej misji w Laponii, na dużym luzie przejechaliśmy do Szwecji. Bazując nad Kalix przyszedł moment zawahania. A może jednak spróbować łososi ostatni raz? Jednak rozmiar rzeki delikatnie onieśmielił moje Żbiki i łowisko dołączyło obok Tany do listy na kolejny wyjazd. A my wróciliśmy do idei rzek małych. Jak się wkrótce okazało, mała rzeka to pojęcie względne, bo łowisku, na które zostaliśmy pokierowani, rozmiarem było bliżej do Sanu niż Łeby… Upał w ciągu dnia zrobił się uciążliwy, więc na ryby ruszaliśmy dopiero wieczorem. Podobno lipienie miały wychodzić do suchej, ale nawet owady wzięły wolne i tylko sporadycznie mogliśmy zaobserwować pojedyncze zbiórki. Za to na mokrą działo się. Lipienie nie powalały rozmiarami, jednak nie stanowiło to problemu, bo chłopcom wystarczyło, że chciały współpracować.

I tak nam leniwie minęły ostatnie dni wyjazdu. A poważnie skurczone zapasy jedzenia świadczyły ewidentnie, że powrót do domu jest coraz bliżej. Do Karlskrony wjeżdżaliśmy z kilkoma konserwami i zupkami chińskimi w bagażniku, oraz tabliczką gorzkiej czekolady, którą chłopcy pogardzili. Wszelkie słoikowe specjały z ryżem bądź makaronem delikatnie przejadły się i dawno nie widziałem tak szybko znikających schabowych z frytkami z talerzy dzieci.

Czy warto przewieźć cztery litery ponad 2000km w jedną stronę? Zdecydowanie tak. Widoki norweskiego wybrzeża zapierają dech. Podobnie zresztą jak i krystalicznie czyste rzeki zasobne w ryby. Nie jest to Alaska czy Kolumbia Brytyjska, ale też i cenowo taki wyjazd wychodzi dużo taniej niż wycieczka za ocean. Tym bardziej, że podróżując samochodem, można ograniczyć na miejscu wydatki na produkty żywnościowe do minimum. Ceny licencji nie są wygórowane, około 200-250zł za dobę, a dzieci i młodzież do 16 roku łowią za darmo. Praktycznie przy każdej rzece jest możliwość wynajęcia domków letniskowych lub skorzystania z pola campingowego z dostępem do pryszniców. Zawsze pozostaje całkowicie legalna opcja rozbicia namiotu na dziko, oczywiście poza nielicznymi wyłączonymi terenami, które zawsze są oznakowane.

Kurz po walce opadł i pozostało mi nieodparte uczucie niedokończonego biznesu w Skandynawii. Trzeba nam będzie za rok tam wrócić i wyrównać rachunki z norweskimi łososiami, jeśli tylko pogoda pozwoli. A jak Bóg da, to może i od bałtyckiej strony jakiś lax zatańczy na końcu zestawu?

 

Tekst i zdjęcia: Łukasz Materek

Written by - - 153 Views