artykuły

Pierwszy raz na Sanie

Pierwszy raz na Sanie

Właśnie przekroczyłem po raz kolejny, już nie zliczę który, most łączący dwa światy. Świat  codzienny, męczący nas pracą, monotonią i obowiązkami, ze światem gór, odpoczynku no i przede wszystkim lipieni mieszkających w Sanie. Wielu z Was zapewne już wie jaki most mam na myśli, a dla pozostałych podpowiem, że chodzi o most w Lesku. Most na jednej z najpiękniejszych, a może i najpiękniejszej polskiej rzece, na Sanie.

Sam już dokładnie nie pamiętam, kiedy przekroczyłem go po raz pierwszy. Pozostały jednak pewne wspomnienia z tych pierwszych dni, spędzonych na tej urokliwej rzece. I właśnie tymi wspomnieniami chciałbym się z Wami tutaj podzielić.

Dokładnie pamiętam jak wiele lat temu przeszukiwałem fora, strony ze wzorami i gazety w poszukiwaniu wzorów much, które pomogą mi w dobraniu się do sanowych lipasków. Był to czas, gdy startowałem jeszcze w zawodach Grand Prix Polski juniorów i zbliżały się zawody, w których to po raz pierwszy miałem łowić na Sanie. Wraz z kolegą i naszym opiekunem a zarazem trenerem, zapakowaliśmy sprzęt i wyruszyliśmy o kilka dni wcześniej, aby spróbować choć trochę rozgryźć tę rzekę. Pierwsza myśl, która pojawiła się w mojej głowie po zobaczeniu wody, kształtowała się ni mniej ni więcej: Kurcze jaki blat, przecież tu ryby mogą być wszędzie! Nie dostrzegałem wtedy żadnej wskazówki gdzie ich szukać. Przyzwyczajony do górskich, małych czytelnych strumyków patrzyłem na San, jak na niezapisaną książkę, z której już nie długo miałem wyczytać informacje. 

Pierwszy poranek nad wodą, słońce wyłaniające się zza chmur i czyste niebo wskazywały, że czeka nas kolejny ciepły dzień tego lata. Wiele ostatnio nie padało, więc niski stan jaki zastaliśmy nie był dla nas specjalnym zaskoczeniem. Wcześniej tylko słyszałem legendy o lipieniach przesuwających się wraz z wędkarzem i pozostających dokładnie metr poza zasięgiem jego rzutu. Teraz te legendy stały się i moim utrapieniem. Pomimo, że od opisywanego wyjazdu minęło wiele lat, doskonale pamiętam jak wiele razy wdepnąłem w niewidoczną dla mnie rynienkę, ile to razy rozglądając się w oddali za oczkami czy jakimikolwiek innymi wskazówkami, gdzie mogę znaleźć ryby, wchodziłem im na głowę, o czym uświadamiał mnie lipień uciekający koło moich nóg w poszukiwaniu nowego schronienia. Wtedy starałem się jak najdokładniej przyjrzeć temu miejscu, zastanowić, dlaczego lipień wybrał właśnie to stanowisko, znaleźć jakiś szczegół, który pomoże mi odkryć podobne, a w nim ryby. 

Każda godzina spędzona nad rzeką pozwalała mi lepiej ją rozumieć, zauważać delikatne spowolnienia na jej powierzchni, placki ciemniejszej wody, zagłębienia za korzeniem, czy dużym kamieniem, którego zaledwie czubek wystawał nad powierzchnię. 

Od tamtego wyjazdu, nad Sanem spędziłem wiele, wiele godzin, teraz na rzekę patrzę zupełnie inaczej. Niektóre miejsca znam na pamięć i pomimo, że każda wysoka woda może coś  pozmieniać, to na Sanie nie są to tak radykalne zmiany jakie możemy obserwować na beskidzkich rzeczkach. Można przytoczyć tutaj cytat Paulo Coelho „Potrzeba czasu, żeby się zestarzeć” i tak samo potrzeba czasu, żeby na Sanie poczuć się jak u siebie w domu, nauczyć się na nowo czytania wody. 

Niezmiennie musimy pamiętać, jak kapryśną naturę potrafią mieć ryby. Jako przykład podam tutaj sytuację z pewnych zawodów, gdzie w 3 godzinnej turze w połowie następowała zamiana miejsc na stanowisku. Rozglądając się za wartym uwagi miejscem wypatrzyłem na wodzie przełamanie, świadczące o zmianie głębokości. Główny nurt kierował się tutaj ku brzegowi, od traw dzieliło go tylko wypłycenie, za wspomnianym przełamaniem. Długo próbowałem złowić tu rybę, zmieniałem metody i wzory. Nic nie przynosiło skutku. Przypadkowy zbyt długi rzut sprawił, że tym razem mucha opływała garb od płytszej strony, prawdę mówiąc już miałem poprawiać rzut, ale lipień mi w tym przeszkodził, porywając z powierzchni niewielkiego sucharka z pomarańczowym tip’em. Przed końcem tury, złowiłem jeszcze ponad 10 ryb, wszystkie z tego jednego wypłycenia.

Kończąc tekst o pierwszych sanowych wyjazdach, chciałbym Wam dać  jedną radę – nie zrażajcie się! Każda spędzona chwila nad wodą pozwoli Wam lepiej ją poznać, zrozumieć, a gdy po wielu wyjazdach pomyślicie już: „Na tym Sanie to ja wiem jak łowić”, to dzień bez kontaktu z rybą pokaże Wam, że tej wiedzy nigdy nie jest aż nadto. Pamiętajcie jednak, że w wędkarstwie muchowym nie tylko ryby są ważne, ważna jest również natura no i oczywiście klimat wędkarskiej przygody, a żadnej z tych nad Sanem nigdy nie brakuje.

Tekst i zdjęcia: Tomasz i Michał, team wSzOKU

Written by - - 241 Views