artykuły

Peep Show

Peep Show

Dzień pierwszy

Niby już późna jesień, niby już listopad za pasem, ale słoneczko przygrzewa, więc nie pozostaje nic innego jak spróbować pouganiać się za niedobitkami podlaskich lipionków. Wraz z Młodym wrzucamy do samochodu sprzęt i lecimy nad jedną z kameralnych rzeczek Puszczy Knyszyńskiej. Tydzień temu wieszaliśmy tablice informujące o odcinku „no kill” nad Nietupą, więc tym razem chyba należy nam się kilka chwil z wędką, a nie młotkiem w ręku? Już dawno minęły czasy, gdy górna Supraśl o tej porze roku gotowała się od oczkujących lipieni. Nie pierwsza to i niestety chyba nie ostatnia rzeka w Polsce, gdzie nie wiedzieć czemu populacja tej ryby po chwilowej eksplozji znalazła się w zaniku. Niemniej, każdy pretekst, aby połazić nad wodą z muchówką w dłoni jest dobry.

Jedziemy w górę jednego z dopływów Supraśli. Plan jest taki, że będziemy stopniowo zjeżdżać w dół rzeki jednocześnie wędkując w znanych nam lipieniowych miejscach. Gdy prujemy już prostą jak strzała puszczańską drogą, w pewnej chwili dzwoni Kolega z naszego Klubu, sugerując byśmy zajechali nad jedno ze znanych nam miejsc tarliskowych, gdyż podobno już trwa tarło pstrąga potokowego. Początkowo powątpiewam, bo przecież jest tak ciepło, a i z poprzednich lat pamiętam, iż pstrążki swoje miłosne harce zaczynały przynajmniej tydzień później. Niemniej ciekawość, a może poczucie obowiązku wygrywają i parkujemy auto na skraju wsi koło nadrzecznej skarpy. Gdy schodzimy na brzeg malutkiej w tym miejscu strugi już wiemy, że wędki raczej nam się dziś nie przydadzą. Przed nami rozciąga się widok czterech dużych gniazd tarłowych, na których naliczyliśmy przynajmniej kilkadziesiąt ryb. Największe mają ponad pół metra. Cholera, zupełnie nie byliśmy przygotowani, że pstrągi tarło rozpoczną w tym roku tak wcześnie… Ale, hola hola! Czy aby na pewno jesteśmy nie przygotowani? Okazuje się bowiem, że „przypadkiem” w zakamarkach bagażnika znalazło się kilka tablic informujących o monitoringu terenu, jakiś sznurek, drabina… Takie typowe wyposażenie każdego muszkarza ;-). Choć kiedyś jeden z Kolegów opowiadał mi o muszkarzach, którzy bodaj na jednym z amerykańskich jezior łowili z ustawionych głęboko w toni jeziora drabin, a on sam poważnie zastanawiał się czy z racji swego mikrego wzrostu nie skorzystać z tego patentu nad pomorską Wdą. No, ale drabina w rzeczce o szerokości trzech metrów…? Nie rozmyślamy jednak długo, tylko zabieramy się do roboty. Tablice jedna po drugiej zawisają na nadbrzeżnych olchach. W pewnej chwili słyszymy ujadanie psa i zza krzaków wyskakuje piękny, długowłosy owczarek niemiecki. Za nim wyłania się jego właścicielka. Okazuje się, że pani mieszka w domku na górce nad rzeką. Podchodzi i rozpoczynamy sympatyczną rozmowę. Kobiecinka pyta czy już rozpoczęło się „święto pstrąga” i czy uważamy, że te tablice cokolwiek pomogą? Kilka lat temu nawet jej pies znalazł na brzegu rzeki potężnego pstrąga, najwidoczniej skłusowanego na tarlisku w nocy. Smutne to. W takich sytuacjach człowiek czuje się bezsilny i wściekły jednocześnie. Tłumaczę, że oprócz tych tablic umieszczamy nad rzeką foto-pułapki, które reagując na każdy ruch przesyłają momentalnie zdjęcia na nasze telefony komórkowe. W ubiegłym roku narobiliśmy tymi urządzeniami sporo zamieszania wśród miejscowych, opowiadając napotkanym „wioskowym trollom” przyzwyczajonym do kłusowania pstrągów na tarliskach, niestworzone rzeczy o skuteczności pułapek. I faktycznie, nie otrzymaliśmy żadnego zdjęcia sugerującego możliwość obecności kłusowników nad wodą. Jedynie nasze Małżonki reagowały lekko nerwowo na mms-y przychodzące w środku nocy… Szczęśliwie przestawały być zazdrosne, gdy pokazywaliśmy Im zdjęcia przechodzących przez rzekę saren, pijących wodę lisków, czy przelatujących w pobliżu pułapek ptaków. 

Jeszcze chwilę pogadaliśmy z naszą rozmówczynią, która pokazała nam też miejsce, gdzie córka znalazła kilka lat temu młodego rysia, najwidoczniej porzuconego przez matkę, Niesamowite, że zwierzę zapuściło się tak blisko siedzib ludzkich! Niesamowite, że stoimy nad rzeczką, w której trą się pstrągi, a nad jej brzegami żyją nawet rysie! Tego dnia odwiedzamy jeszcze kilka miejsc, gdzie zwykle trą się potokowce, ale gniazd już nie znajdujemy. 

Dzień drugi

Młody pojechał do Poznania zgłębiać tajemnice nauk prawnych, więc tym razem nad wodę zabieram Monię. Wędek już nawet do samochodu nie wkładamy. Aby nie kusiły 🙂 Na pierwszy ogień idą tarliska, które odwiedziliśmy z Karolem. Pstrągów jest w tych miejscach jeszcze więcej. Schodzimy w dół rzeki, w stronę mostu i znajdujemy jeszcze przynajmniej kilkanaście gniazd tarłowych. Ryby są dosłownie wszędzie, a największe chyba urosły 🙂 bo ich długość przekracza 60 centymetrów. Od poprzedniej mojej wizyty nad tą rzeczką minęło już kilka dni, więc postanawiamy zjechać niżej, aby zlustrować inne miejsca, gdzie wcześniej nie było gniazd. Najbliższe miejsce znajduje się na skraju wsi, znanej ze swych długich i bogatych „tradycji kłusowniczych”. W ubiegłym roku tam też wisiały nasze „urządzonka” i szczęśliwie nie wychwyciły nic oprócz zwierzyny. Tym razem okazuje się, że trafiliśmy z dziesiątkę! Na jednej prostej dostrzegamy przynajmniej pięć gniazd i kilkadziesiąt ryb. Na brzegach żadnych niepokojących śladów. Jest OK. 

Teraz kolej na znacznie większą Sokołdę, która płynie kilkadziesiąt kilometrów dalej. W międzyczasie i tak już nie najlepsza pogoda zdecydowanie „siada” i zaczyna siąpić zimny, natarczywy deszczyk. Pomimo to, chcemy zobaczyć odcinek tej rzeki, na którym w ubiegłym roku były zlokalizowane chyba największe tarliska w całym dorzeczu Supraśli. Sokołda na tym odcinku nie grzeszy urodą, co jest wynikiem przynajmniej 2-krotnej melioracji. Niemniej pstrągi, nie wiedzieć czemu, upodobały sobie jej proste jak od linijki koryto. Zjeżdżamy przez łąkę w pobliże znanego wszystkim białostockim muszkarzom jazu i człapiemy przez pole w stronę rzeki. Nagle, kilkaset metrów przed nami, zza trzcin wyłania się jegomość dumnie dzierżący w ręku piękny, błękitny teleskop. Zaraz, zaraz czy to nie nasz Kolega Marek „Koshmareck” z Kłodzka, znany miłośnik błękitnego sprzętu wędkarskiego?! Ale nie, ten jest znacznie „ładniejszy” i jakiś taki młodszy…;-). No i przecież Marek rzuciłby się na nasz widok w nasze ramiona, a ten najwyraźniej zaczyna się gwałtownie szykować do ewakuacji w stronę pobliskiej wioski! Nie ma na co czekać. Rzucam się za gościem w pogoń, jednak z miejsca wiem, że źle się do tego wszystkiego zabraliśmy. Facio ma kilkaset metrów przewagi i chyba jednak kilkanaście (kilkadziesiąt?) lat mniej, więc w sprincie przez pole raczej nie mam z nim szans. Mój PESEL ciąży mi z każdym przebiegniętym metrem, więc na koniec pozostaje mi już tylko głośno wykrzyczeć za zwiewającym typem co myślę o nim, jego matce, znajomych, sąsiadach i co zrobię z jego nogami jak go tu jeszcze raz spotkam (wtedy już na pewno mi nie ucieknie!). Zbieramy z Monią pozostawione przez kłusownika fanty i w sumie cieszymy się przynajmniej tym, iż kłusownicy spierniczają „w podskokach” na nasz widok. Przyznam się, że gdy zakładaliśmy „Salmo Club” prawie 30 lat temu bardzo rzadko nasze akcje przeciwko kłusownikom kończyły się bez konkretnych rezultatów. Ten kłusownik był pierwszym którego spotkałem od kilku lat. I oby był to ostatni jakiego widziałem. Bo nie wiem, czy jeszcze taki sprint za kilka lat przeżyję 🙂

Wracamy do domu zmoknięci, ale zadowoleni, bo z całą pewnością udało nam się ocalić kilka pstrągowych istnień. Dzwonimy jeszcze po drodze do Kolegów z Koła PZW w Sokółce, którzy z racji niewielkiej odległości od rzeki sprawują opiekę m.in. nad górną Sokołdą, pomagając nam w zarybieniach i pilnując wody przed kłusownikami. Informujemy ich o naszej dzisiejszej „przygodzie” i umawiamy się na spotkanie już po okresie tarła pstrągów, aby porozmawiać o innych działaniach, które wspólnie możemy podejmować dla dobra okolicznych rzek pstrągowych.

Dzień trzeci.

Nasz niezawodny skarbnik „Maniek” dzwoni z informacją, że dotarły nowe foto-pułapki, które zakupiliśmy z własnych klubowych funduszy. Kupione za pieniążki od Kolegów, którzy z różnych przyczyn nie mogli wywiązać się ze statutowego obowiązku uczestnictwa w akcjach zarybieniowych, czy przeciwko kłusownikom w ubiegłym roku. Taki mamy „srogi” zapis. Nie działasz – płacisz. A za pieniążki kupujemy wspomniane „gadżety”. Teraz trzeba więc zrobić z nich użytek, tak aby umieszczone kilka dni wcześniej tablice o monitoringu rzek nie pozostały pustym, gołosłownym ostrzeżeniem. W towarzystwie Kolegi „Maxa”, który ma u nas w Klubie monopol na obsługę „techniki”, jedziemy na namierzone wcześniej tarliska. Bierzemy ze sobą także foto-pułapki, które wieszaliśmy wcześniej, więc nasz arsenał się znacznie od ubiegłego roku powiększył. Urządzenia montujemy kolejno w pobliżu największych skupisk trących się pstrągów. Problemem jest zasięg, gdyż rzeczki płyną przez leśne pustkowia, gdzie rzadko ma się zadawalający zasięg w telefonie komórkowym, a na tej zasadzie działają pułapki. Specjalnie się z naszą obecnością nad wodą nie kryjemy. Czym więcej hałasu narobimy, tym więcej miejscowych dowie się, że ktoś „ich” wody pilnuje. Oczywiście nie dotyczy to miejsc, gdzie umieszczamy foto-pułapki. Urządzenia mają specjalne maskujące barwy, niemniej jednak trzeba się sporo nakombinować, aby przymocowane do nadbrzeżnych drzew nie rzucały się zanadto w oczy. W sumie cała operacja zajmuje nam kilka godzin. 

Dla uzyskania większego efektu informacja o naszych działaniach pojawia się także na lokalnych forach wędkarskich. Setki odsłon i zero ofert pomocy ze strony innych wędkarzy, których przecież niemal tysiąc wykupuje prawo do wędkowania na wodach górskich naszego Okręgu. W sumie, to już zaczynamy się do tego przyzwyczajać. Za to niektórzy użytkownicy zamieszczają „dowcipne” komentarze, że będą teraz nad wodą bardziej uważać…

Dobrze, że foto-pułapki chociaż nie narzekają i co jakiś czas przesyłają nam obrazki znad rzeczek. I szczęśliwie nie są to kłusownicy, a zamieszkujące Puszczę Knyszyńską zwierzęta, bądź … koledzy w trakcie przeprowadzanego nad wodą patrolu. Jeszcze tylko kilka dni i będzie po tarle. I będzie wreszcie można się wyspać…

PS. Tekst ten dedykuję pewnemu użytkownikowi, pewnego forum muszkarskiego, który i tak wszystko wie lepiej…

Tekst i zdjęcia: Przemek Lisowski

Written by - - 521 Views