artykuły

OS Reminiscencje

OS Reminiscencje

Pretekstem do napisania poniższego tekstu był pewien wyjątkowy wyjazd na San, podczas którego złowiłem wielką rybę – rybę życia. Byłoby to niemożliwe, gdyby nie istniał odcinek specjalny San. W czasie tego wyjazdu podzieliłem się z kompanem refleksjami, wspomnieniami o rzece, o tym, co się nad Sanem wydarzyło.

Miałem już w tym roku nie jechać na San. Byłem na łowisku cztery razy i złowiłem jedną piękną głowacicę, a jedna rocznie daje mi wystarczającą satysfakcję. Myślę, że wstrzemięźliwość w takim łowieniu jest wskazana, tak by zdarzenia wyjątkowe nie stały się powszechne.

Jednak pewnego dnia zadzwonił do mnie Marek Majewski z informacją, że planuje z panem Zielińskim i jeszcze dwoma kolegami z Bayan Goł wyjazd na słynną głowatkową rzekę Drinę. Marek poprosił o jakieś wskazówki, muchy, sugestie oraz rady, jak łowić głowacice. Właściwie wspólnie wpadliśmy na pomysł, by pojechać nad nasz San i spróbować głowacicowych łowów, bo to będzie najlepsza lekcja. To była dość szalona wyprawa. Nad San mamy 260 kilometrów, jednak uwiązani obowiązkami mogliśmy pojechać tylko na jeden dzień. Decyzja była natychmiastowa. Dosłownie w przeddzień odebrałem u Sławka wędkę. Zamówiłem licencje, a w piątkowy ranek punktualnie o trzeciej mknęliśmy w stronę Bieszczad. Nie będę opisywał, o czym gadaliśmy po drodze, ale dominującym tematem była głowacica. Na miejscu widok rzeki zapiera dech. Ja to miejsce widziałem wiele razy, ale wciąż uważam je za szczególne, takie magiczne. Świadomość, że w bani pływa kilka wielkich głowacic, wprost onieśmiela. Złowienie jednak łatwe nie jest.

Montujemy wędki, wkładamy spodniobuty i dyskretnie wchodzimy do rzeki. Wokół mgła i taka specyficzna cisza, która powoduje, że wsłuchujemy się w rytm przyrody i rzeki. Oddycham czystym, zimnym powietrzem i w jakiś dziwny sposób zapominam o różnych zmartwieniach – ładuję baterie. Na początku wytłumaczyłem Markowi, jak łowić i prowadzić streamera… Rzucamy, rzucamy, rzucamy i nic. Nawet za dużo ze sobą nie gadamy, jest fajnie. Taka późnojesienna, nostalgiczna aura. Przyjechali strażnicy, więc trochę pogadaliśmy o kondycji łowiska, o minionych zawodach i kormoranach.

Wracam do łowienia. Strażnicy bacznie przyglądali się naszym poczynaniom, po czym pojechali szukać kormoranów. Tak naprawdę na łowisku byli od świtu jeszcze przed nami. My natomiast rzucamy, rzucamy… Udało się nam kilkakrotnie zobaczyć spławiającą się metrową rybę, jednak ta nie chciała naszych muszysk (na ogół te, które się spławiają, nie biorą).

Po południu postanawiamy zmienić miejsce. Na Bachlawie wchodzę w rzekę cichutko do niewidocznego przegłębienia na środku płani. Miejscówka bardzo zarosła roślinami i jest mało czytelna. Dobieram lżejszą linkę i zaczynam przeczesywanie wlotu rynny. Po kilkunastu rzutach mam branie, lecz zacinam zbyt późno i głowacica tylko rozhuśtaniem wody manifestuje ucieczkę. Po kilku rzutach widzę za prowadzonym streamerem smugę płynącej za przynętą ryby, jednak do brania nie dochodzi. Wracamy do pierwszej miejscówki. Tam spotykamy innego strażnika, Roberta Tobiasza, który zostaje do wieczora na łowisku, bacząc, czy nie pojawiają się kormorany. Na chwilę przed czwartą Marek ma branie głowacicy. Mówił, że było solidne, jednak ryba nie zapina się i nie poprawia. Postanowiliśmy, że jeszcze 15 minut i kończymy.

W pewnym momencie coś każe mi obejrzeć się za siebie i zauważam na wlocie do jamy jakąś dużą rybę. Właściwie widziałem tylko taki cień, zwid. Podaję streamera powyżej i przeciągam przed rybą. Głowacica odwraca się za muchą, płynąc w moją stronę, otwiera wielki pysk i połyka streamera. Widok jak ze snu albo jakiegoś bardzo egzotycznego filmu. Zacinam. Ryba z rozpędu wpada na płytką wodę i dopiero po chwili, wyciągając linkę, ucieka w głębinę. Marek pobiegł po aparat. Głowacicę udaje mi się podebrać samemu. Jest jakaś dziwna, niby skręcona, jakby miała skurcz. Pewnie wiek jej nie służy, lecz gdy ją wypuszczałem, zachowywała się już normalnie. Ryby nie wyciągam na brzeg tylko na kamyczki i tam kładę ją na wędce. Moja miarka ma tylko metr, więc się nie nadaje. Ryba dokładnie mieści się w przedziale od końca wędki do drugiej przelotki. Miała 123 centymetry, ale nie to jest najważniejsze. Ważne, że odpłynęła cała i zdrowa. Ważne też, że udało się nam spędzić wyjątkowy, szalony – by nie powiedzieć surrealistyczny – dzień. Ważne, że istnieje w Polsce fantastyczne łowisko, w którym ryba może dożyć końca swoich dni w sposób naturalny. Taki właśnie jest San na odcinku specjalnym.

W drodze powrotnej opowiadałem zauroczonemu rzeką Markowi o moich łowach, o gospodarce, o tym, jakie były założenia powstania tego łowiska i o ludziach, którzy tworzą historię tej rzeki. Łowisko powstało w 2005 roku, zatem funkcjonuje już od ośmiu lat. Pamiętam, jak pojechałem tam już w pierwszym roku i zastanawiałem się jak to łowisko będzie funkcjonować za lat kilka. Pełen optymizmu wszedłem do rzeki, która pachniała. Wokół lipienie skrzętnie zbierały płynące jętki i chruściki. Wyobrażałem sobie w przyszłości tej rzeki monstrualne pstrągi, lipienie i głowacice. Jednak błędne jest myślenie, że ten fragment rzeki ma być wyłącznie czymś w rodzaju nieprzebranego basenu pełnego ryb. Żeby to dobrze zrozumieć, warto przypomnieć sobie pierwszy wpis dotyczący łowiska:

Szanowni koledzy! Od stycznia 2004 roku proponujemy Wam połowy pstrągów i lipieni na wodach Sanu od Zwierzynia do ujścia Hoczewki w ramach łowiska specjalnego. Stworzenie takiego łowiska nastąpiło z kilku powodów. Główną przyczyną była chęć ochrony podstawowych stad tarlaków pstrąga potokowego, lipienia i głowacicy. Liczymy również, że wymienione gatunki odbędą tarło, które w znaczący sposób wpłynie na rybność Sanu. Można powiedzieć, że jest to obręb ochronny, na którym dopuszczono połów przez ograniczoną liczbę wędkarzy. Łowisko będzie dobrze zarybione dużymi pstrągami i systematycznie chronione. Wszyscy, którzy wykupią opłaty, przyczynią się do propagowania nowoczesnego wędkarstwa oraz poprawy rybności Sanu. Piękne ryby, wspaniała przyroda i niezapomniane widoki z pewnością zapadną na długo w pamięci wędkarzy łowiących na tym odcinku Sanu.

Warto też przypomnieć sobie kondycję Sanu w tamtym czasie. Lipieni było sporo, a najwięcej takich do 31 centymetrów. Złowienie czterdziestaka należało do wydarzeń sporego formatu. Pstrągów było po prostu mało. Natomiast złowienie głowacicy należało do sensacji. Dzisiaj już każdy, kto wędkował na łowisku, wie doskonale, że sanowe lipienie dorastają do ponad pięćdziesięciu centymetrów i przy tym rozmiarze nie wyglądają na starców. Chyba nikt poza gospodarzem Sanu nie był w stanie przewidzieć, jak trudny czas czekał rzekę w ciągu tych lat. Szereg ogromnych powodzi, ekspansja kormoranów, wydr, czapli, nieprawdopodobnie wielka presja wędkarska poniżej Hoczewki… Patrząc przez pryzmat tych zagrożeń, OS jako matecznik sprawdził się doskonale. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że odcinek specjalny jest składową całego łowiska na Sanie. Ten fragment rzeki jakby promieniuje na pozostałą część łowiska, znajdującą się poniżej. Niestety tam ryby można zabijać. Wędkarze w wielu przypadkach nie chcą wypuszczać złowionych ryb nawet w sytuacji, gdy są to ostatnie egzemplarze rzadkiego gatunku. Jeżeli jakaś głowacica spłynie w dół rzeki, to jest niemal pewne, że zostanie złowiona i zabita. Tym bardziej cieszę się, że na odcinku specjalnym te ryby są chronione. Myślę, że to ostatnie zdrowe, zdolne do rozrodu stado tych pięknych ryb. Strach pomyśleć, jak dzisiaj wyglądałaby sytuacja z głowacicami, gdyby nie istniał ten odcinek.

Z lipieniami jest podobnie. Te ryby w warunkach Sanu przemieszczają się na dłuższych odcinkach, niż się powszechnie uważa. Dość powiedzieć, że na tarło Hoczewką dopływają nawet do Baligrodu, czyli ponad 30 kilometrów. Niestety te, które spłyną poniżej OS-u… Już od 2013 roku lipienie zostały objęte całkowitym zakazem zabijania. To dobra decyzja. W tym roku wiosną obserwowałem tarło lipieni. Ryb nie było dużo, ale były wielkie i najwyraźniej trafiły na sprzyjające warunki, bo wylęgu było bardzo dużo. Latem obserwowałem wiele lipionków wielkości dłoni. Potencjał rzeki wciąż jest ogromny, a fragment rzeki, na którym żyją dorosłe – zdolne do odbycia skutecznego tarła – duże ryby, pozwala rzece odbudować populację lipieni na całym Sanie. Zatem idea obrębu ochronnego lub inaczej matecznika w tym przypadku sprawdza się znakomicie.  ależy jeszcze wspomnieć o pstrągach, i to nie żadnych wpuszczanych selektach tylko dzikich, pięknych rybach. W tym przypadku sukces jest ogromny. Pstrągów jest bardzo dużo i są to ryby w pełnym przedziale rozmiarów – od maleńkich palczaków po gigantyczne rekordowe okazy. Powstanie odcinka specjalnego było przełomem w gospodarce na wodach górskich. Oczywiście nie wszyscy akceptują zmiany, choćby te były najlepszymi z możliwych rozwiązań. Z czasem jednak nowoczesny i mądry sposób gospodarowania Sanem stał się wzorem dla innych okręgów. W Polsce powstawały na różnych rzekach odcinki „złów i wypuść”, a zasady ich funkcjonowania opierały się na wzorcu opracowanym przez Krosno.

Należy też podkreślić pracę ludzi związanych z łowiskiem. Zawsze miałem wrażenie, że dla nich to nie praca, tylko pasja, a ich relacja z łowiskiem jest wyjątkowa. Oni żyją tą rzeką razem z jej problemami i sukcesami. Miałem okazję spotykać strażników, a nawet czasem uczestniczyłem z nimi w pracach związanych z rzeką. Właściwie za każdym razem, gdy łowiłem na łowisku, przychodzili kontrolować wędkarzy. Zawsze pogadaliśmy o rybach, o życiu, o kondycji Sanu. Nie sposób pominąć przy tej relacji autora łowiska, Piotra Koniecznego. To jemu zawdzięczamy dobrze działające łowisko.

Dla mnie OS San po tych ośmiu latach wciąż jest łowiskiem premium. Nadal nie mogę usnąć, gdy wiem, że następnego dnia będę tam łowił. Czasem jest tak, że nic nie złowię, a wracam szczęśliwy i syty wędkarskich wrażeń, bo w ciągu dnia napatrzę się na wielkie, cwane lipienie; bo czasem zobaczę głowacicę; bo spotykam ludzi, dla których ta rzeka jest absolutnie wyjątkowa. Tak jak dla mnie. Jest jeszcze jedna wartość tego miejsca – otóż jest tam naprawdę pięknie. Rzekę z kryształową, pachnącą wodą otula bukowy las i bieszczadzkie góry. Tam można świtem zobaczyć jelenia, tam można być bliżej natury. Myślę, że muszkarze są pewnego rodzaju poszukiwaczami tej jednej jedynej rzeki. Niektórzy szukają jej na drugim końcu świata w dalekiej Mongolii albo jeszcze w innym miejscu. Ja swoje wędkarskie spełnienie odnalazłem nad Sanem i jestem wdzięczny opiekunom tej rzeki za ich pracę na rzecz łowiska.

Tekst: Piotr Zieleniak
Zdjęcia: Grzegorz Gajewski, Mirosław Pieślak

Written by - - 184 Views