artykuły

Monster Trałty

Monster Trałty

Każdy o nich słyszał. Nie ma chyba wędkarza na ziemi, który choć przez chwilę nie pomyślałby o niesamowitych istotach zamieszkujących jezioro Thingvallavatn w Islandii i to 40 min jazdy samochodem od Reykiaviku. Wielkie, kropkowane i nieprzewidywalne…

Będąc kilka lat temu nad wspomnianym jeziorem, łowiłem sobie spokojnie prześliczne palie. Cudowna pogoda, kryształowa woda i malutkie nimfki, za którymi rybki te przepadają. Obrazek jak z katalogu. Nagle na środku zatoki, daleko poza moim zasięgiem rozpętało się piekło. Trwało to kilka sekund, ale dało dużo do myślenia. Pamiętacie 31 numer Sztuki Łowienia ? W 2016 roku będąc na łososiach, ostatniego dnia nie pojechałem zwiedzać miejscowych atrakcji, a poprosiłem chłopaków, żeby zostawili mnie na jeziorze. Chciałem połowić trochę palii tuż przed wyjazdem. Pogoda nie rozpieszczała, bo islandzkie lato nie ma sobie równych, 15 stopni i zimny wiatr, więc postanowiłem schować się w szopie stojącej na brzegu jeziora, a należącej do mojego przyjaciela Kristiana. Tam znalazłem wpisy w Veidibooku. Opadła mi szczęka. One tu naprawdę są. Skoro ryby są w jeziorze. Skoro od czasu do czasu można je złowić. Skoro najlepsze odcinki brzegowe należą w szczycie sezonu do mojego przyjaciela z Fish Partner Iceland, to nad czym tu się jeszcze zastanawiać?

1 maja 2017 

Jest nas czterech. Trzech Polaków i Francuz. Nasi koledzy, którzy byli tydzień wcześniej wpadli w srogą zimę. Walczyli z mrozem, wiatrem i myślą o wyjątkowym pechu co do pogody. U nas jest dużo lepiej, bo jest na plusie, ale wysiadając z samochodu nie widzimy jeziora. Wiatr wyje, jakby postradał zmysły. Deszcz zacina poziomo. Piekło. Kristian rozdziela nas na dwie grupki i kieruje w stronę wody. Piękna zazwyczaj zatoka Villingavatn wygląda jak wybrzeże Atlantyku. Fale zalewają nas przy próbie brodzenia w wodzie. Nie ma co. Ładny początek. Mój brat Jacek idzie z Jurkiem na prawą stronę, Alain zostaje w aucie, a ja z Kristianem idziemy w lewą stronę zatoki. Krissy stara się jak może, ale po 30 minutach wymięka i zostawia mnie samego po krótkim instruktażu migowym dotyczącym budowy dna. Boże daj sześćdziesiątaka i zmykam w ciepełko. Krok za krokiem próbuję obławiać spienioną wodę. Po jakimś czasie widzę ruch na falach. Złudzenie? Nie. Ruch się powtarza w innym miejscu. One tu są. Nagle przy samym brzegu, na piętnastocentymetrowej wodzie widzę w fali ogromny ogon. Wiatr w plecy, więc mogę rzucić. Branie i …….. ryba wyskakuje w powietrze. Świeci słońce, śpiewają ptaki, tęcza biorąca początek na środku jeziora chowa się za odległym lodowcem , po łące biegną dzieci w wieńcach z kwiatów poganiając owieczki. Fala w twarz i wracam do rzeczywistości. Mam na haku coś, o czym nawet nie śniłem jadąc tutaj. Ostrożnie, pomału, nie nerwowo holuję rybę na brzeg. Nogi uginają się w kolanach. Jest wielki, kropkowany, cudownie zbudowany i…. jest wyholowany! Próbuję dzwonić do chłopaków, nikt nie słyszy telefonu w wyjącym wietrze. Biorę się za mierzenie. O w mordę! On ma 92 cm i waży z 10 kilo. Mój pierwszy „Monster Trałt”. Ryba wraca w doskonałej kondycji do wody. Inni też łowią. 

2 maja 2017 

Jedziemy na Karastadir. Piękne, strome klify wchodzące w jezioro. Od razu głęboko. Woda rozbija się o skały i łowienie łączy się z regularnym zalewaniem od głowy do stóp. Jest ciężko. Po kilku godzinach nierównej walki znajduję skałę oddaloną od brzegu o dwa skoki nad szczelinami. Przybieram pozycję „antywietrzną” i przebijam muchą czyste, islandzkie powietrze. Na szczęście już nie pada. Mucha ląduje na dwudziestu paru metrach i powoli tonie. Nagle strzał. Mam rybę. Po tylu godzinach rzutów, mam na haku pięknego, niespełna 80cm pstrąga. Cudo. Widzę z klifu jak walczy w przejrzystej wodzie. Znowu świeci słońce. Wikingowie płynący środkiem jeziora, w pięknym rzeźbionym drakkarze, machają radośnie w moją stronę, koniki islandzkie galopują po trawie bogato upstrzonej kwieciem. „Masz coś Młody?” głos mojego brata sprowadza mnie na ziemię. Mam. Potem łowię jeszcze jednego. Reszta ekipy, która dzień wcześniej fajnie sobie połowiła, nie ma nic. Tak jak myślałem – nieprzewidywalne. 

3 maja 2017

Ciągle jest zimno i wieje, ale widać, że sztorm się kończy. Jedziemy w moje ulubione miejsce paliowe – Black Cliffs. Na miejscu czeka na nas Czarek Fijałkowski, od dwudziestu lat łowiący na Islandii. Super gość, świetny Guide i nieziemski gaduła. Chłop na schwał. Jacek wchodzi do wody i podczas gdy reszta się jeszcze szykuje, zacina rybę. Nieźle. Następnie każdy wchodzący zacina w parę minut rybę. Kolejną, kolejną, następną i znowu. Jedna z ryb odpływa mi w kierunku środka jeziora i wypina się na setnym metrze. Innym, po wyholowaniu z pyska wystają muchy wykręcone przez Tomków z „Pike Terror”. Padają wymiary: 80, 85, 87, 90, 91. W końcu udaje mi się złowić rybę na 93 cm. Otwieramy butelkę dobrej, polskiej wódki. Zastępy aniołów śpiewają pieśni chwalące prastarych bogów, wulkan Hekla wybucha strumieniem confetti, na czubkach fal leniwie przeciągają się półnagie syreny, słońce nie świeci, ono pali. Pijesz? Pytanie budzi mnie z letargu. Kto chce wchodzi do wody i łowi rybę, kto chce udziela się towarzysko. Przybył szanowny Kristian Pallraffnson z Fish Partner Iceland, Steingrimur Einarsson producent kołowrotków światowej klasy, wielu miejscowych. Każdy chce zobaczyć spektakl na żywo, choćby z pozycji obserwatora, gdyż licencje są tylko cztery. Zatoka jest pełna ryb. Kulminacją dnia jest zdjęcie z czterema rybami na raz. Każda z nich wraca w doskonałej kondycji do wody. Chwilo trwaj. 

4 maja 2017

To już nie sen. Słońce faktycznie świeci. Na jeziorze flauta. Klify Karastadir nie łamią już oszalałych fal. W zasadzie sielanka, ale ryby też na wolnym. Jeden spław, jedna ryba. Czy można narzekać? Przecież jadąc tutaj modliłem się chociaż o tę jedną. W internecie burza. „43 pstrągi wyholowane, nie licząc spadów. Ryby ponad 20 lb zaliczone. Sensacyjny dzień na Black Cliffs.”„Wstydźcie się, zabijanie pstrągów to zbrodnia.” Zaraz, zaraz, ani jeden nie został zabity. „Jak to możliwe, cztery ryby naraz na zdjęciu?” Zapewniamy: „Żadna nie zginęła”. Istna szajba. Jak u nas w Polsce. 

5 maja 2017 

Świeci jak szalone. Ciepło. Flauta. Łowimy sporo ryb w miejscu, gdzie zaczynaliśmy pierwszego dnia, z tym, że ryby nie biorą już na streamera tylko na malutkie nimfy, czarne mokre muszki, miniaturki. Stoją w nurcie wpadającej do jeziora rzeki. Jest ich naprawdę sporo. Zabawa na całego. Kristian sprzedał wszystkie licencje do końca czerwca. Mamy w tym spory udział. Jest satysfakcja. Krissy to równy gość. 

6 mają 2017 

Jacuś umieszcza muchę nad ogromnym kamieniem widocznym głęboko pod wodą. Dobrze go widać z klifów Karastadir. Liczy do czterdziestu i branko. I tak kilka razy. Pięć ślicznych pstrągów ląduje na brzegu. Reszcie wyraźnie nie idzie. Tysiące rzutów wykonanych w dniach poprzednich daje się we znaki. Bolą barki, ramiona. Pesel bracie, pesel. Czas do domu. Dosyć. Jutro po południu mamy lot. Za kilka dni zacznie się jętka na Podlasiu. U nas też są „MONSTER TRAŁTY”.

Tekst i zdjęcia: Tomasz Skurski

Written by - - 132 Views