artykuły

Łowienie na streamera…

Łowienie na streamera…

…czyli nie tylko zyganie pijaweczką.

Ile razy zdarzyło się Wam złowić niezłą rybę na streamera? Pamiętacie pytania? Gdzie? Jaka mucha? I tyle… Praktycznie zerowe zainteresowanie sposobem prezentacji. Nie wiem czemu, ale w porównaniu do np. orania nimfą, streamer przez brać muchową jest zwykle traktowany mocno po macoszemu. 

Ileż razy się słyszy, że to jak łowienie na spina, nie ma z muszkarstwem wiele wspólnego i tym podobne głupoty. A jest to chyba najbardziej wszechstronna metoda muchowa, umożliwiająca złowienie praktycznie każdej ryby – od zwariowanych kleni i lipieni, po sztuki grubo przekraczające jakiekolwiek granice rozsądku, to właśnie ze streamerem głównie wkraczamy na słoną wodę, zostawiając szeroko rozumiane normalne łowienie za sobą. 

Dla większości łowienie na stremera wygląda podobnie – rzut w poprzek rzeki i szybsze lub wolniejsze ściąganie skokami muchy. Będąc zadeklarowanym fanem tej metody (w zasadzie od lat łowię tylko na streamera, z małym dodatkiem suchej muchy) chciałbym opisać trochę inne podejście do moim zdaniem naważniejszego składnika sukcesu w łowieniu – prezentacji muchy. 

Z racji odmiennych warunków, tekst wypadałoby podzielić na dwa działy – łowienie na wodzie stojącej i na wodzie płynącej. Celowo nie używam tutaj pojęć jezioro/rzeka, bo na rzece bywa, że woda stoi, a na morskiej zatoce podczas odpływu przetacza się z prędkością godną górskiej rzeki.

Jednym z najważniejszych etapów przygotowania się do łowienia jest dobór odpowiednio tonącej linki w połączeniu z muchą. Zupełnie inaczej zaprezentujemy muchę na lince intermedium, inaczej na tonącej głowicy z pływającym runningiem, a znowuż jeszcze inaczej na lince w pełni tonącej. Dodajmy do tego obciążone lub pływające muchy i robi się z tego niezły misz masz i dziesiątki opcji, umożliwiające praktycznie dowolne prowadzenie much.

Pominę typowe zyganie streamerem z górskiej rzeki – robił to każdy, opisane zostało x razy, a i od lat górskie rzeki nie są moim środowiskiem. Ale co innego woda płynąca…

W zależności od gatunku na jaki się nastawiamy i much, które chcemy użyć, będziemy kompletować zestaw. Tak jak np. do łowienia seabassów wystarczy nam spokojnie wędka w klasie 8, to już wybór linki może przyprawić o ból głowy. Temperatura wody, rodzaj pokarmu, który chcemy imitować, czy chcemy rybę sprowokowac na agresora? Prędkość z którą płynie woda, w połączeniu z temperaturą ma ogromne znaczenie. Czy będziemy chcieli muchę zawieszać w wodzie, pozwalać by grał nią nurt, czy też zależy nam na bardzo szybkim prowadzeniu?

Pierwsza technika – zawieszanie much w nurcie, sprawdzała mi się zarówno na rzekach jak i na słonej wodzie. Ryby żerujące w górnej 1/3 wody, ale jeszcze nie w amoku. Warunki dobre, ale ognia nie ma. Wtedy zakładam linkę intermediate, w przypadku szybkiej wody di3, dość długi przypon. Pozwalam by nurt zabierał linkę, niepotrzebne są bardzo długie rzuty. Czy nurt rzeki, czy prąd pływu ciągną za sobą muchę. Nie znaczy to wcale, że streamer jest martwy, nie pracuje. Z jednej stronny oddajemy linkę, mając kontrolę nad jej spływem, z drugiej czasem podciągamy o kilka centymetrów, by oddać jeszcze trochę. Nasza mucha zachowuje się niczym osłabiona, walcząca z nurtem ofiara. Od czasu do czasu zbiera trochę sił, ale nurt jest za mocny, szybko się poddaje i porwana przez nurt powoli opada w stronę dna, wykonując rachityczne podrygi. Bardzo dobrze ta metoda sprawdza się mi na opadającym pływie (idącym od wysokiej wody do niskiej). Szczególnie w estuariach, ujściach rzeczek. Dobrym pomysłem jest też zakotwiczenie łodzi przed podwodnym garbem, omywanym przez nurt rzeki/pływem. Za takim garbem często tworzą się zawirowania wody, w których ustawiają się drapieżniki. 

O ile to możliwe, warto zacząć łowić jeszcze w rzece (lub na szybkim odcinku, przechodzącym w wolną, spokojną wodę) i przesuwać się w stronę ujścia. Bardzo często poniżej ujścia rzeki, za garbem narzuconego przez fale piasku ( lub przykosą usypaną przez nurt) znajduje się głębsza woda. Tam “nocują” interesujące nas ryby, jednak czesto by coś przegryźć wychodzą na spad, ustawiają się pod prąd i czekają co im woda do paszczy przyniesie. Porwana przez prąd rybka jest idealnym kąskiem. Podobne sytuacje zdarzają się też na wchodzącej wodzie, na pierwszym głębokim miejscu powyżej otwartej wody. Duże ryby czesto widać jak przechodzą przez płytki garb, by ustawić się zaraz za nim. Bardzo często dalsze wypuszczanie linki kończę bardzo szybkim, agresywnym wybieraniem, pozwala to sprowokować do brania niezdecydowane ryby, ale też często bedziemy mieć odprowadzenia prawie pod nogi, a dla mnie zobaczenie takiej ryby to połowa sukcesu. 

Dużym problemem jest w tej metodzie łowienia zielsko, glony i cała sałata niesiona przez wodę. Wypuszczamy muchę daleko, linka zanurzona w wodzie tworzy idealną barierę do “zagulaszenia” się muchy w zielsku i zebrania z wody wszelkich farfocli tego świata. Kolejna sprawa, dla mnie do takiego łowienia konieczny jest stripping basket, by było z czego wykładać linkę.

Gdy nurt zwolni (przed stopem na wysokiej/niskiej wodzie) warto zacząć prowadzić muchy bardziej agresywnie. Albo zmieniamy muchy na mocno obciążone albo idealnie, linkę na szybciej tonącą. Di5 i więcej nie będzie przesadą. Daleki rzut i bardzo szybkie prowadzenie, długimi podciągnięciami. Po godzinie takiego łowienia lewa ręka odpada, ale potrafi być ono bardzo skuteczne.

Ten sposób prezentacji idealnie sprawdza się również, gdy mamy agresywne, ostro żerujace ryby. Szczególnie w morzu, nie ma prędkości, która dla ryb byłaby zbyt duża. Często wymagane jest też “dojenie krowy” – wędka pod pachę i wyieranie linki oburącz. Pewną wariacją tej metody jest łowienie na muchy podpowierzchniowe, poppery, z pływającej linki. W zimnej wodzie (Irlandia) sprawdza się to w nocnym łowieniu na rozległych płyciznach, zimnych flatsach. Nocą, na wchodzącym pływie, po ciepłym i słonecznym dniu, woda wlewa się na nagrzany piach. Jej temperatura rośnie dość szybko, osiągając kilka stopni powyżej “nagrzanego” 17st oceanu. Ryby są bardzo aktywne, hałasują, gonią drobnicę pod powierzchnią, gdyby nie ciemność zupełna, można by obserwować spektakularne ataki z powierzchni wody. Podobnie jest, gdy łowimy np. bonito – stado tych ryb gotuje wodę pod powierzchnią, fruwają małe rybki a za nimi bonitos. Najskuteczniejszy jest wtedy dość daleki rzut i ściąganie muchy z maksymalną możliwą prędkością tak, by w tysiącach rybek to nasza mucha wydawała się tą extra, wartą pogonienia. Jest jeszcze jedno miejsce, gdzie warto spróbować takiego prowadzenia – skały wychodzące na piach, szybko płynąca woda. Ryby podchodzą tam szukajac krabów i krewetek. Mimo, że nastawione są na pobieranie pokarmu z dna, agresywnie prowadzona pod powierzchnią, hałasująca mucha, potrafi je skusić do brania, wręcz przyciągnąć z większej odległości. Wiele razy widziałem ryby wychodzace z odległości nawet nastu metrów, spod nawisów skalnych i glonów, goniące z furią chlapiącego poppera. Bardzo często ryby nie trafiają w taką przynętę, często problem jest w nas – zacinamy zbyt szybko widząc gejzer wody pod nogami, ale adrenalina wynagradza rozczarowania.

Gdy przychodzi łowić na wodzie stojącej, ruszać musimy zacząć się my. Najlepsze wyniki osiągam łowiąc w dryfie. Możliwość aktywnego i w miarę szybkiego obłowienia sporej wody jest tu największą zaletą. Oczywiście łowienie z brzegu bardziej kotwiczy, ale i tutaj staram się pokryć jak najwięcej wody. Jest kilka technik łowienia, których używam na stojącej wodzie, które w Polsce nie są zbyt popularne. 

Szczególnie łowiąc z łodzi, bardzo często rzucam pod wiatr. Rzut nie musi być daleki, ot głowica i parę metrów runingu. Kolejne metry dokładam gdy łódka lub kajak niesiona wiatrem oddryfowuje od linki. Szczególnie dobrze sprawdza się ta technika przy łowieniu na większych głębokościach – 7-10m. W zależności od ustawienia ryb (nie zawsze dobrze reagują na muchy tuż nad dnem) używam albo linki w pełni tonącej Di8, albo tonącej głowicy z intermedialnym runningiem. Dzięki temu mogę poprowadzić muchy albo przy samym dnie, tak by obijały się o zielsko i kamienie, albo w 2/3 wody, gdzie każde podciągnięcie muchy podnosi ją do góry. Kolejną techniką do głębokiego łowienia, na powiedzmy 5-7m jest dryfowanie z szybko tonącą głowicą/linką bezpośrednio pod łódką. Obciążone muchy, linka szybko tonąca. Krótki rzut na wiatr. Szczytówka przy samej wodzie i linka schodząca praktycznie pionowo w dół. Przy szybkim dryfie (ok 3km/h) pokrywamy olbrzymie ilości wody, można wyłuskać najbardziej oporne ryby. Dzięki temu sposobowi jesteśmy w stanie szybko odkryć na jakiej głębokości żerują ryby, a przez utrzymywanie muchy cały czas w “strike zone” nie marnujemy czasu na rzucanie, tonięcie linki, wyciąganie linki do powierzchni przed kolejnym rzutem etc. Jednocześnie możemy prowadzić muchy bardzo delikatnie, naturalnie. Technika ta sprawdza się głównie w dni, gdy woda jest już chłodniejsza, ryby niezbyt aktywne, choć jeszcze żerują. W dni, gdy ryby aktywnie “buszują” po łowisku, lepsze wyniki daje czesanie wody w klasyczny sposób – rzut, zatonięcie linki i dość agresywne wybieranie. Ryby skore są do zaatakowania nawet, gdy mucha nie jest podana pod nos, ściągamy je często z większej odległości.

Kiedy jednak temperatura wody spada, a my wbrew wszystkiemu zamiast siedzieć w domu chcemy złowić np. szczupaka – warto jest między podciągnieciami wykonywać długie, czesto kilkunastosekundowe pauzy. Wolno tonąca linka, spora mucha (chyba, że woda ma temperaturę poniżej 5st, wtedy lepiej sprawdzały się mi małe, ok 12cm muchy) i po rzucie pozwalamy by linka zatonęła. Wykonujemy powolne, długie podciągnięcia i jeszcze dłuższe pauzy – mucha początkowo zamiera w bezruchu, później powoli tonie. Często ryby na granicy zamarznięcia interesują się taką prezentacją.

Kolejnym ciekawym tematem, szczególnie zimą, gdy nie ma lodu, jest łowienie pstragów na stawach. Na łowiskach poddanych dużej presji ryby te bardzo szybko się uczą i często dopiero podejście zupełnie inne niż to co widziały do tej pory, przynosi efekty. Dla mnie taką techniką było łowienie na “snake fly”. Opisywana jakiś czas temu mucha, będąca paskiem kilkunastocentrymetrowej długości zonkera na dwóch hakach połączonych plecionką, zaprezentowana bardzo agresywnie, na szybkotonącej lince – bardzo skutecznie umożliwiała zestrzelenie kilku aktywnych ryb. Technika tak skuteczna, że zabroniona na lokalnych zawodach, wymaga niestety szybkiego łowienia, z częstym zmienianiem miejsc. Jeśli mamy większość łowiska dla siebie – jest idealnie, jeśli ludzi jest trochę więcej… cóż, w jednym miejscu nie ma sensu mielić w ten sposób. Przy łowieniu pstrągów na sztucznych zbiornikach nie sposób nie wspomnieć o “Booby fly”. Wyporny streamerek z piankowymi oczami, ogonem z marabuta i tułowiem z chenille. Podawany z super fast linki. Linkę kładziemy na dnie, mucha unosi się nad dnem. Każde pociągnięcie linki powoduje że mucha doskakuje do dna, po czym powoli się wynurza. Metoda opracowana do łowienia tęczaków potrafi pokazać pazur, gdy szukamy np. okoni. 

Na koniec, w nagrodę dla tych co doczytalni do tego miejsca, “uniwersalny wzór”. Czyli coś co mi się sprawdza, to jakby wzór dobierania linki/muchy/prowadzenia.

Im woda wolniejsza, ale cieplejsza, ryby bardziej agresywne – linka szybciej tonąca, muchy mniejsze, obciążone, prowadzenie agresywniejsze.

Im woda szybsza (do momentu gdy linkę wyrzuca nam napór wody do powierzchni), zimniejsza, ryby mniej skore do współrpacy – linka wolniej tonąca, muchy większe, prezentowane w delikatniejszy sposób.

Woda całkiem zimna, ryby apatyczne – linka umożliwiajaca szybkie dojście do dna, małe muchy, często muchy pływające.

 

Tekst i zdjęcia: Kuba Standera

Written by - - 373 Views