artykuły, slider

Kleniowa niby-tragedia

Kleniowa niby-tragedia

Na początku nie miałem ochoty o tym pisać. Po co rozdrapywać rany. Rozpamiętywać to, co i tak już nie wróci i przepadło. Temat jest dość niewdzięczny, choć z drugiej strony – większość z nas go zna i może opowiedzieć podobne historie. Na próżno ich jednak szukać pośród kart wędkarskich książek, czasopism i dzienników – te w zupełnie logicznej kolei rzeczy są zapełnione zgoła innymi, bardziej pozytywnymi wydarzeniami. O wędkarskiej porażce niewiele się pisze. Ot, taki bękart…

 

Prolog

Mamy drugą połowę sierpnia. Wprawdzie za dnia słońce nadal potrafi swoimi promieniami rozgrzać powietrze do nieznośnych temperatur, lecz już nie tak jak miesiąc temu. Jest jakoś inaczej, bardziej rześko. Widać to zwłaszcza rano, gdy wchodząc do kuchni, by przygotować kanapki, cieszę się tymi ciepłymi promieniami. Poranny chłód, a wraz z nim nadchodząca jesień, która niepostrzeżenie – tak jakby wiedziała, że nie jest jeszcze pożądanym gościem – wpada przez uchylone okno do kuchni, oznajmiając, że oto już dominacja letnich upałów ma się ku końcowi. Spoglądam na ogród, podziwiając to wyjątkowe i charakterystyczne połączenie porannej rosy i ostrego światła, odbijającego się od przeciwległych – w tych warunkach jeszcze bardziej żółtych – zabudowań.

Kończę szykowanie prowiantu i wrzucam wszystko pośpiesznie do plecaka. Jeszcze jeden rzut oka przed wyjściem z domu, czy aby nie wybieram się właśnie na ryby bez kołowrotka albo innego kluczowego elementu wędkarskiego zestawu. Zamykam drzwi, przekręcam klucz i oddaję się tej jakże błogiej perspektywie spędzenia dnia nad wodą.

Leniwa sielanka, czyli zawiązanie akcji

Wysiadam z autobusu linii podmiejskiej. Fajnie zostawić wszystko za sobą. Miasto, problemy, ludzi. I to w sensie dosłownym, bo po chwili marszu jestem już zupełnie sam. Mijam jedyny w okolicy sklep, potem ostatnie domostwa. Przede mną półtora kilometra marszu poboczem szosy, a potem już tylko rzeka i las.

Idę powoli, delektując się drogą i tym, co mnie otacza. Błękitne niebo urozmaicone porozrywanymi, wyraźnymi chmurami dopełnia sielankowej scenerii. Gdy zakładam okulary polaryzacyjne, wszystko staje się jeszcze bardziej wyraźne – aż przenikliwe i soczyste. Idę.

Po dłuższej chwili szare i rozgrzane podłoże podmiejskiej szosy zmienia się na zapiaszczony szuter. Nagle wielki hałas – to ciężarówki z pobliskiej kopalni. Jedna mija mnie z głośnym rykiem. Wokół tumany kurzu, jakby właśnie przeszła burza piaskowa. Czym prędzej zakręcam, zamieniając szutrowy trakt na chłodną i zacienioną leśną dróżkę. Idę jeszcze chwilę, zostawiając za sobą zgiełk dobiegający z kopalnianej drogi i rozkładam sprzęt.

Kolejne godziny upływają mi na powolnym przemieszczaniu się wzdłuż rzeki. Owe wolne tempo jest podyktowane wieloma okolicznościami, z których jedną jest niedostępność tego odcinka. Niewiarygodnie wąska dróżka przy samej rzece, która czasem znika nie wiadomo gdzie, jest ściśle otoczona wielkimi pokrzywami, ostami i wszelką inną – teraz wręcz przytłaczającą – roślinnością. Raz po raz mam nawet dziwne wrażenie, że tu nie ma żadnej ścieżki i to jedynie jakaś dziwna projekcja mojego, jakże nieudolnego, ludzkiego postrzegania spraw. I chyba tak jest. Myśl, że idę po jakiejś ścieżce, sprawia, że mam za nic kolejne pajęczyny i ich właścicieli, kujące osty i ściekający z czoła pot. Tak, temperatura zdążyła już osiągnąć swoje dzisiejsze maksimum, słońce jest w zenicie.

Rzadko tu ktoś zagląda – w rozmokniętych fragmentach ziemi widać pełno śladów zwierząt. Śmieci za to nie ma. Nieśpiesznie obławiam co ciekawsze miejsca, a że leśny odcinek oferuje ich całkiem sporo, to kolejne godziny rozmywają się w moim skupieniu nad każdą kolejną zwałką czy zacienionym nawisem gałęzi.

Srebrne torpedy, czyli rozwinięcie

Mijają godziny, jednak kleni – celu mojej wyprawy – jak dotąd nie widzę. Wokół jedynie pełno uklei, które żwawo igrają pod powierzchnią w spokojnym nurcie. Woda tym razem jest dość trącona, więc klenie są zdecydowanie mniej skore do ujawniania swojej obecności. Poza boleniami – te szaleją wyjątkowo aktywnie. Bezlitośnie i regularnie prześladują stadka uklei, które próbują choć na chwilę odzyskać spokój powyżej zwałki, która przegradza całe koryto, tworząc coś w rodzaju grobli. W rzeczywistości jest to mieszanka wszelkiego materiału naniesionego przez nurt, poutykanego między rozłożystymi konarami powalonego drzewa. Rapy nieustanie, niczym wilki, wyskakują spod tej grobli i ze wściekłością biją w spanikowane rybki. Niektóre z nich jeszcze długo po ataku szamoczą się poza wodą, by w końcu przez jakąś szczelinę odnaleźć drogę do wody – prosto w boleniową matnię. Wydaje się, że ta sytuacja nie ma końca. I rzeczywiście – spektakl życia i śmierci trwa od kilkudziesięciu minut. Oczywiście nie pozostaję wobec tego bierny i zawiązuję jedynego w pudełku białego streamera, próbując przechytrzyć te pazerne, srebrne torpedy.

Kulminacja

Moje starania nie tylko nie przynoszą porządnych efektów, lecz nawet gorzej – myszkując gdzieś na granicy zwałki i otwartej wody w końcu zrywam jedynego uklejopodobnego streamera. I gdy tak medytuję nad pudełkiem, myśląc co dalej, nagle zauważam jego – wielkiego, starego klenia. Jestem pewny, że ma dobrze ponad pięćdziesiąt centymetrów i aż jakoś niezręcznie mi pomyśleć – teraz i w tamtej chwili – że być może zahacza o okolice sześćdziesiątki. Pływa sobie w miejscu, gdzie rzeka uwalnia się okowów zwałek i zakrętów, stając się na moment spokojnym rozlewiskiem, z leniwym nurtem i bezprądową zatoczką pod przeciwległym brzegiem.

Stoję więc tak na tym brzegu – z otwartym pudełkiem i pewnie niezbyt mądrą miną – i obserwuję cień wielkiej ryby, z ledwo widoczną w prześwietlonej słońcem wodzie czerwienią płetw i charakterystycznym ciemnym ogonem. Przez następne pół godziny kleń pojawia się na moment przy powierzchni i patroluje leniwie swój rewir. Od czasu do czasu przegania od niechcenia kilka uklei, po czym schodzi głębiej, niczym łódź podwodna. To jedna z tych ryb, która całym swoim zachowaniem – spokojnym i trochę butnym – uświadamia łowcy, że ona nic nie musi. Człowiek czuje się w takiej sytuacji jak amator.

Zmieniam muchę na piankowego Chernobyl Anta, zawiązuję też nową końcówkę przyponu – 0,14 milimetra, co by prezentacja muchy była odpowiednia. Wszak takiego profesora trzeba jakoś przekonać do popełnienia błędu. Wiem, że trochę ryzykuję ze średnicą żyłki, ale już kiedyś miałem rybę podobnych rozmiarów na takim zestawie i skończyło się dobrze. Wokół sporo czystej od zaczepów wody, mam podbierak – a więc do dzieła.

Mała trudność sytuacji polega na tym, że kleń jest dość daleko ode mnie, a na odcinku leśnym operowanie sznurem, zwłaszcza jego odrzucanie za siebie, jak wiadomo, bywa ekwilibrystyczne. Udaje mi się jednak znaleźć lukę pośród drzew i zielska, by z niemałym trudem, ale jednak, osiągać przyzwoite odległości.

Wszystko rozgrywa się w trzech podejściach. Najpierw kilka rzutów na spokojną wodę, gdzie widziałem delikwenta po raz ostatni. Niestety bez skutku. Ale zaraz, zaraz – gdy słońce wychodzi zza chmur i oświetla toń wody, widzę pod moją muchą cień wielkiej ryby. To on! Na tym jednak koniec. Prąd ze środka rzeki porywa muchę dalej, a ciekawski kleń znika. Wiem, że jest płochliwy, więc ostrożnie ściągam sznur z wody i czekam. Jakiś czas później znów go widzę. Jest daleko, ale dam radę. Podrzucam muchę w okolice ryby. Ta widzi przynętę, zbliża się do niej i… nagle odskakuje jak oparzona! Tak, to sznur na nią napłynął. Ganię się w myślach, że go nie nadrzuciłem. Już kilka dużych ryb tak kiedyś spaprałem.

Wydaje mi się, że to już koniec – klenia nie ma, nie widać go od dobrych pięciu minut. I kiedy mam już iść dalej, znów się pokazuje. Jest tym razem trochę bliżej niż zwykle, płynie powoli w moim kierunku. Ustawia się na pograniczu spokojnej wody i nurtu. Rzut idealnie przed pysk – sam się dziwię, jak pod wpływem adrenaliny mi to wychodzi. Widzę, że i on widzi moją piankową czarnobylską mrówę. I wtedy jestem świadkiem prawdziwej magii, czegoś, co można tylko zrozumieć, jeśli łowi się na muchę. Trudno to oddać opisami, fotografią, nawet filmem – to należy rejestrować wszystkimi dostępnymi zmysłami. Ryba powoli podpływa do piankowej muchy. Ustawia się od niej w odległości centymetrów, a ja zaczynam nerwowo mamrotać jakieś mantry pod nosem – zupełnie jakbym wierzył, że dzięki temu przekonam tego cwaniaka do pomyłki. Wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie, wokół nie ma już nic. Jestem odizolowany myślami od wszystkiego, a cała moja koncentracja skupia się na tej nerwowej sytuacji. Zaraz będzie po wszystkim i nurt ze środka rzeki porwie muchę, ale… Tak! W ułamku sekundy kleń krótkim ruchem w kierunku muchy zasysa ją, tworząc niewielką falkę na powierzchni. Natychmiast zacinam, napinając mocno zestaw i przez dosłownie sekundę czuję mocny, pulsujący ciężar po drugiej stronie. Magia tej sekundy zostaje jednak drastycznie przerwana widokiem lecącej w moją stronę linki i zupełnym zluzowaniem się zestawu. Natychmiast dociera do mnie, że to koniec. Przegrałem.

Epilog

Powoli wracam do świata materialnego, znów słysząc rzekę, śpiew ptaków i szum wiatru. Z niemocy wydaję z siebie bliżej nieokreślony jęk i chyba – bo dokładnie nie pamiętam – wypowiadam w stronę rzeki: No nie, nie wierzę… Faktycznie, nie do końca udaje mi się pozbierać myśli. Mam przed oczami zniekształconą końcówkę przyponu i już wiem, że poszła żyłka na wiązaniu muchy. Spoglądam raz po raz na wodę, to znów na trzymaną w palcach żyłkę. Nie ma ryby, nie ma też muchy. Próbuję pocieszać się tym, że hak bezzadziorowy, że może jeszcze kiedyś będzie szansa. Takie okłamywanie samego siebie, bo gdzieś w głębi duszy wiem, że to często się nie zdarza. Nie w przypadku kleni, nie w tych warunkach. Doskonale pojmuję, że potrzeba było zgrania się wielu elementów, by zmierzyć się z tak zacnym rywalem.

Mówią, że smak porażki jest gorzki, ale jakoś tego nie czuję. Zamiast tego popijam z bidonu słodki sok i po prostu siedzę, gapiąc się na wodę. Chwilowo nie chce mi się łowić. Wokół jak na złość jest jeszcze piękniej niż przed tymi krytycznymi chwilami. Może dlatego, że teraz z braku lepszej opcji wreszcie potrafię się skupić na czymś innym niż łowienie. Doprawdy, słowo porażka nienadaremnie jest rodzaju żeńskiego. Jest przewrotna i czasem perfidna. Klepię na szybko SMS-a do znajomych, pisząc w skrócie, co się stało. Czuję, że muszę się tym podzielić. Wokół nikogo. Sam jestem sobie świadkiem tego, co przed chwilą się wydarzyło. Życie nad wodą toczy się dalej, jakby zupełnie nic nie zaszło. Podziwiam królestwo tej wspaniałej ryby i staram się zapamiętać jak najlepiej ten krótki moment, gdy łączyła nas ta śmiesznie cienka linka.

Po dłuższej chwili wracam wreszcie do łowienia. Wiążę nową muchę i decyduję, że obłowię jeszcze jedno miejsce. Tak na pocieszenie, by oddalić – teraz już wcale niemiłą – perspektywę drogi powrotnej przez tę nadrzeczną dżunglę. W głowie kotłuje mi się wiele myśli. Wrzucam mechanicznie imitację piankowego chrząszcza pod nawis niewielkiego drzewa. Jest ochoczo atakowany przez ukleje, lecz w pewnym momencie zacinam coś trochę większego. Widzę, że to nieduży kleń. Próbuję go podprowadzić bliżej, lecz po chwili podwodnych wygibasów schodzi z haczyka. No tak – a więc obędzie się też bez nagrody pocieszenia. Zwijam linkę, pakuję sprzęt. Tak, porażka jest perfidna.

Tekst i zdjęcia: Arkadiusz Kubale

Written by - - 334 Views