artykuły

Jak złowić lorbasa?

Jak złowić lorbasa?

Nałowiliśmy się już trzydziestaków, trafiają się czterdziestaki i piećdziesiątki. A jak złowić te największe? Tym razem poprosiłem kolegów o kilka porad – jak zapolować na grubego pstrąga.  Oczywiście kilku sprytnie wykręciło się od odpowiedzi, nie chcieli zdradzać swoich sekretów, ale kilka rad mamy poniżej: 

 

Igor Glinda 

Jak złowić dużego pstrąga? Gdybym znał jednoznaczną, prostą odpowiedź to przestałbym łowić te piękne ryby. To co mi przychodzi w pierwszej kolejności do głowy przy tak postawionym pytaniu to:

Cierpliwość, cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość…

Dużym pstrągom trzeba poświęcić dużo czasu, Jeśli chcecie nastawić się na te ryby, zapomnijcie o normalnym funkcjonowaniu, a to dlatego, że niezależnie od tego gdzie chcecie je łowić, to są to ryby na które trzeba się nastawić i mieć dużo czasu (czytaj cierpliwości). Bardzo istotne jest poznanie zwyczajów dużych pstrągów. Jeśli jesteście pewni, że okazałe potokowce w łowisku są, to należy systematycznie z głową podchodzić do całej zabawy. Duże ryby jedzą dużo i jedzą często spore ofiary. To ważna wskazówka. Duże ryby lubią mieć przestrzeń, czyli miejsce gdzie muszą czuć się bezpiecznie i mieć dostęp do pokarmu. Nastawiając się na takie pstrągi, nie ma co przesadzać z delikatnością sprzętu, a i jeszcze jedno, trzeba być cholernie cierpliwym. 

 

Przemek Lisowski

To co napiszę zdaje się na pierwszy rzut oka trywialne, ale aby złowić dużego pstrąga, trzeba przede wszystkim wędkować na łowisku, gdzie takie ryby występują. Drugim warunkiem jest znalezienie konkretnych miejsc zajmowanych przez prawdziwe okazy. Niestety, coraz mniej mamy w Polsce rzek, gdzie muszkarze mają szansę zmierzyć się z rekordowymi rybami, więc pomimo „oczywistej oczywistości”, tego co napisałem powyżej, spełnienie obu tych warunków w naszych krajowych realiach wcale nie jest takie proste, łatwe i przyjemne. 

Załóżmy jednak, że znamy rzekę (bo z łowiskami jeziorowymi ryb łososiowatych w Polsce jest kruchuteńko) gdzie żyją sobie pstrągowe „dziadki” i w ten sposób spełniony jest pierwszy warunek udanych połowów. Drugim jest, wspomniane powyżej, znalezienie stanowisk tych ryb. Czasami pstrąg da nam swoisty bonus w postaci ujawnienia miejsca zajmowanego w rzece. W pięknych, kryształowo  czystych rzekach Nowej Zelandii wiele ogromnych pstrągów łowi się na przysłowiowy „vizir”. Polega to na podawaniu muchy uprzednio wypatrzonej rybie. Tak zresztą złowiłem swojego największego „potokowca” o długości 72 cm. Niestety w Polsce nie mamy praktycznie łowisk umożliwiających tego typu pstrągowe podchody. Ale pomimo to, nie stoimy na całkiem straconej pozycji. Przecież ryba może zdradzić zajmowane stanowisko choćby podczas żerowania, zbierając z powierzchni muchę, czy ganiając za drobnicą. Czasami też ryba ujawni się atakując podaną przez nas przynętę. Taka sytuacja wybitnie ułatwia nam zadanie. Znając stanowisko naszego „lorbasa” możemy skupić się na znalezieniu optymalnej metody i muchy. To, czy następnie uda nam się namierzoną rybę złowić, będzie już jedynie zależeć od naszych umiejętności wędkarskich i jak to ma zwykle miejsce w przypadku naszego hobby, odrobiny szczęścia. Gorzej przedstawia się sytuacja, gdy pstrąg nie ujawnił zajmowanego przez siebie stanowiska. Wówczas powinniśmy skupić się na zlokalizowaniu konkretnych odcinków rzeki, czy nawet miejsc gdzie rekordowa ryba może przebywać, a następnie systematycznie je obławiać. To, że ryba nie pokaże się podczas pierwszego wędkowania, wcale nie oznacza, że jej tam nie ma! Zwyczajnie trzeba uzbroić się w cierpliwość i odwiedzać wytypowane miejsca regularnie. Ta sytuacja wbrew pozorom ma także swoje plusy, gdyż przy odrobinie wędkarskiego fartu może nam się uda namierzyć nie jedną, a nawet kilka fajnych ryb. W ubiegłym sezonie sam skoncentrowałem się na systematycznym „katowaniu” kilku wybranych odcinków rzek i muszę przyznać, że moje efekty wędkarskie drastycznie się poprawiły. Oczywiście nie każdemu taki sposób wędkowania, polegający na ciągłym „oraniu” tych samych fragmentów rzeki, odpowiada. I bardzo dobrze, bo to właśnie czyni wędkarstwo muchowe pięknym! Nie można zaprzeczyć, iż muszkarz odwiedzający stale różne łowiska, staje się przez to bardziej wszechstronnym i to także może mu pozwolić na złowienie okazu.  Oczywiście wielokrotnie słyszałem też o przypadkach, gdy nowicjusz postawiony pierwszy raz nad nieznaną sobie wodą, wykonał kilka rzutów i pojmał pstrąga, który latami śnił się po nocach miejscowym wędkarzom, ale przecież nie jest to chyba metoda na złowienie naszego ukochanego „lorbasa”? No bo ileż razy można być „nowicjuszem”….;-).

 

Robert Karlewski

Mój sposób na „kabana” w kropki w pięciu punktach:

1. „Kabany” muszą żyć w rzece!

2. W czasach ogromnej presji dobrze być na łowisku w czasie gdy nikogo nie ma np. w tygodniu.

3. Przełom zimy/wiosny gdy nie ucichła jeszcze potarłowa agresja, połączona z wzmożonym apetytem na białko kręgowców np. żaby, ryby, myszy.

4. Mucha podana w naturalny sposób, najlepiej w dead dryfie, rozmiar ma drugorzędne znaczenie, choć wyznaję zasadę – duża ryba, duża przynęta.

5. Obecnie tylko OS-y i łowiska No Kill z dobrym gospodarzem uznajacym zasady C&R, gwarantują świadomość obecności ryb, w tym „profesorów”, choć nie zawsze do złowienia.

Moja ryba ze zdjęcia po lewej, to wynik spełnienia wszystkich 5 wymienionych wyżej punktów.

PS. Mój tegoroczny rekord z marca to 57 cm, 4,600 kg, własnoręcznie podebrany i wypuszczony w naturalne matczyne środowisko… syn Szymek.

Teraz mam komplet z córką Różą. To moje życiówki 😉

Written by - - 399 Views