artykuły

Czas pięćdziesiątaków

Czas pięćdziesiątaków

Każdy wędkarz, władający sprawnie muchówką myśli o złowieniu pięknego, dużego i walecznego pstrąga, np. pięćdziesiątaka. My, czyli: Andrzej, Grzegorz, Paweł, Robert i ja myślimy o pięćdziesiątakach przez cały czas. Tyle tylko, że „Pięćdziesiątaki” to My sami, a nasze myśli krążą nieustannie wokół minionych i planowanych spotkań „50 PLUS”. Tak pozwoliliśmy sobie nazwać naszą grupę, ponieważ każdy z nas przekroczył półwiecze życia. 

Jesteśmy trochę jak „pięćdziesiątaki” wśród pstrągów, mamy duże pokłady doświadczenia życiowego i wędkarskiego, sporo wiedzy i ciągle czujemy się młodzi, sprawni i gotowi „góry przenosić”, o ile tylko te góry bogate są w górskie rzeki. Jak nie da się przenieść gór, w ostateczności to My przenosimy się ochoczo w ich kierunku.

Jako osoby stateczne i dojrzałe cenimy sobie dobre jedzenie, dobre i nie krępujące ani nas, ani gospodarzy zakwaterowanie oraz dobre łowiska. Nade wszystko jednak cenimy dobre i sprawdzone towarzystwo. Nie mamy ciśnienia na katowanie wody od świtu do nocy, parcia na łowienie kosztem odpoczynku czy wieczornego biesiadowania przy właściwym jadle i trunkach, wcześniej przygotowanych z odpowiednim namaszczeniem. My w tym wieku już nic nie musimy, za to jeszcze wszystko możemy. Nie tupiemy o piątej rano na innych, którym gotowość do wyjazdu na łowisko utrudniają zamykające się powieki lub trudne do włożenia z rana spodniobuty. Pełen spokój, wyrozumiałość i dobry humor w każdej sytuacji, nawet przy pośniegowej wodzie.

Spotkanie nad Sanem na początku marca było już drugim z serii zjazdów „Pięćdziesiątaków”. Pierwsze miało miejsce w październiku ubiegłego roku, nad pilchowickim Bobrem. Wówczas naszym celem były długie wędkarzy rozmowy i lipienie. Tamten weekend spędziliśmy w samotnym, górskim domu w Karkonoszach, na łowienie udając się na Bóbr w okolicy Nielestna. Teraz nastawialiśmy się przede wszystkim na długie wędkarzy rozmowy i pstrągi. San, a zwłaszcza jego odcinek specjalny nie wymaga rekomendacji jako łowisko potokowców, więc wybór był łatwy. Każdy z nas miał sporo kilometrów do przejechania, jednak wizja spotkania po kilku miesiącach oraz możliwość wspólnego wędkowania spowodowały, że odległość nie grała znaczącej roli. Koledzy zameldowali się w Zwierzyniu już we wtorek wieczorem ze śmiałą wizją łowienia w środę i przekazania uwag i wniosków mojej osobie, która na kwaterze miała zameldować się w czwartek po południu. Pierwsza wieść dotycząca stanu wody nie była zbyt optymistyczna. Elektrownia od kilku dni pracowała dwiema turbinami, San był wysoki i zimny. Robert Tobiasz przygotowując nam licencje stwierdził, że w takich warunkach trudno będzie łowić, a brania mogą być mizerne. Potwierdzeniem jego słów mogło być małe zainteresowanie łowieniem w tych dniach. Chętni do zakupu licencji na ten okres to jedynie My, przybysze – desperaci . Nas to jednak zupełnie nie zrażało i spokojnie zaplanowaliśmy łowienie do soboty włącznie. Zatem drugie spotkanie „Pięćdziesiątaków” zostało zapoczątkowane, a warunki brzegowe spotkania jednogłośnie przyjęte. Mamy również szczęście obecności w naszym gronie Andrzeja, zawodowego fotografa zajmującego się fotografią produktową, prowadzącego atelier i nie rozstającego się ze sprzętem fotograficznym również na rybach. Gwarantowało to profesjonalnie dobrane ujęcia w doskonałej jakości. 

Każdy poranek zaczynał się podobnie. Andrzej trochę po szóstej lub tuż przed siódmą tłukł w kuchni garami, przygotowując poranną kawę oraz penetrując lodówkę w celu ustalenia śniadaniowego menu. Energia akustyczna wyzwalana z operacji „naczyniowych” oraz zapach kawy powoli wyciągał nas z pokoi. Poranna toaleta, śniadanko, krótkie omówienie ewentualnych metod połowu oraz jeszcze kilka czynności związanych z porankiem zajmowały nam czas do dziewiątej. Po tym wbijaliśmy się w „wędkarskie gacie” i buty do brodzenia, wyposażaliśmy kamizelki i plecaki w przynęty i inne akcesoria i na komendę pakowaliśmy się do dwóch, umożliwiających dojazd nad rzekę samochodów. Jako punkt startowy służył plac przy wiacie Vision. 

Łowienie w każdym dniu było trudne, jednak nie niemożliwe. Oczywiście pewne trudności sprawiało brodzenie w niektórych partiach Sanu ze względu na silny nurt i śliskość zanurzonych kamieni. Pomocnymi okazały się kije do podpierania się w czasie brodzenia. To trzecie podparcie gwarantowało zdecydowanie większą stabilność w szybkim prądzie rzeki.

Pstrągi współpracowały całkiem dobrze. Każdy miał brania, wiele ryb spadło w czasie holu. Co kilkanaście do kilkudziesięciu minut jedna z wędek uginała się pokaźnie, a szczęśliwy łowca rozpoczynał hol. Zdecydowanie najwięcej brań i najwięcej udanych holi miał Paweł, łowiąc w każdym dniu kilka pstrągów, w tym sporo powyżej 40 cm. Dobre wyniki notował Grzegorz. Andrzej z tytułu kontuzji i trudności brodzenia wędkował z brzegu i miał wyniki. Ja i Robert podglądaliśmy Pawła i próbowaliśmy Mu dorównać, niestety nie do końca skutecznie. Jednak i my mieliśmy swoje ładne pstrągi na rozkładzie, chociaż w nieco mniejszej ilości niż Paweł. Wśród przynęt zdecydowanie przeważały streamery, chociaż kiełże również stanowiły dość skuteczny wabik na potokowce. Swoboda nad rzeką pozwoliła wypróbować szeroki asortyment sprzętu, od piątek do ósemek w grupie wędzisk jednoręcznych i dwuręczne siódemki. Spotkanie dało możliwość wypróbowania naprawdę sporej ilości doskonałego sprzętu muchowego i porównanie tak zacnych marek jak Heliosy 2 Orvisa, B3x Winstona czy Z-Axis Sage. Mnogość linek również sprzyjała wyrobieniu sobie własnego zdania względem ich przydatności do łowienia naszymi ulubionymi metodami. Brak rywalizacji i parcia na wynik pozwalały na spokojne delektowanie się łowieniem przy jednoczesnych rozmowach czy podziwianiu kunsztu kolegów we władaniu muchówkami. 

Powroty następowały zazwyczaj pomiędzy 16 a 17. Oczywiście każdy trochę głodny, spragniony prysznica i dobrego, gorącego trunku, zanim oddał się tym dobrodziejstwom, musiał wypakować się z ciuchów oraz obsłużyć i zabezpieczyć sprzęt. Potem już tylko delektowanie się potrawami, napitkami i długie rozmowy. Znamiennym był widok naszego stolika, na którym prawie zawsze eksponowane miejsce zajmowały kołowrotki czy inne akcesoria muchowe, a przystawką do nich były talerze, kubeczki czy inne kuchenne atrybuty. Wszystko to, zestawione razem tworzyło niepowtarzalny klimat naszego spotkania.

Zupełnie niepostrzeżenie dojechaliśmy do niedzielnego poranka, który po śniadaniu stał się czasem rozjazdów do domu. Paweł z Grzesiem mieli przed sobą blisko 700 km do Poznania. Ja miałem do pokonania 630 km do Jeleniej Góry, Andrzej na Śląsk około 350, natomiast Robert do Lublina zaledwie jakieś 250 km. Przed wieloma z nas było pół dnia do spędzenia w samochodzie. Bagaż doświadczeń pozyskanych na naszym zlocie, potwierdzenie słuszności organizacji takich spotkań oraz doskonała atmosfera utwierdziły całą naszą piątkę w konieczności organizacji następnych zlotów „Pięćdziesiątaków”. Zgrać ze sobą pięć kalendarzy nie jest łatwo, jednak nie jest to niewykonalne, o czym mogą świadczyć już odbyte dwa zjazdy. Trzeci będzie na 100 procent. Powiem szczerze, że bardzo chętnie już bym je organizował, jednak nasze obowiązki zawodowe i rodzinne muszą hamować te zapędy. Pięćdziesiątaki do stworzenia dojrzałe i rozważne, potrafiące mierzyć poprawnie wszystkie proporcje pomiędzy obowiązkami i przyjemnościami. Pięćdziesiątaki patrzą na otaczający świat ze spokojem, wyczekując odpowiedniej chwili do ataku. Taka pewnie niebawem nastąpi i wówczas zaczniemy snuć plany na trzecie spotkanie. Zacznie się wybór miejsca, poszukiwanie odpowiedniego zakwaterowania. Na naszym prywatnym kanale komunikacyjnym pojawi się zakładka „III spotkanie Pięćdziesiątaków”. Z każdym dniem do niego coraz bliżej i bliżej. „Pięćdziesiątaki” nic nie muszą, za to jeszcze wszystko mogą. 

 

Tekst: Mariusz Szalej „Marszal”
Fotografie: Andrzej Stanek

Written by - - 420 Views