artykuły

Bonitos Banditos

Bonitos Banditos

…w pogoni za srebrnymi torpedami!

W tym momencie już nie pamiętam, co było impulsem – czy ołowiane niebo Irlandii, czy dziecięce marzenie o tropikalnym kraju. Sprawą, która przesądziła były dwa zeszłoroczne wyjazdy do Patryka, do Hiszpanii. Jesienią zadałem nieśmiałe pytanie – może by tak spróbować łowić te ryby profesjonalnie? Łódka, mucha, słońce, palmy, drinki z palemkami i ogólne wyluzowanie. Alternatywą jest dla mnie siedzenie w nudnym laboratorium, dla Patryka siedzenie w gorącej kuchni. Odpowiedź była pozytywna – jasne, chcieliśmy to robić, do dzieła.

Tak też początkiem kwietnia wylądowałem (dotoczyłem się po 2 dniach jazdy autem załadowanym sprzętem po dach) do słonecznej Andaluzji, nad cieśninę Gibraltarską. Trochę pod górkę z kupnem i rejestracją łodzi, ale – wreszcie pływamy. Już pierwszego dnia odnajdujemy ławice – spot tuńczyków. Potężne, kilkudziesięcio kilogramowe (a to wiosna i ryby ogólnie są jeszcze małe, latem dopłyną te po set kilo) błękitne cielska prują wodę w pogoni za drobnicą. Oglądamy ten spektakl z podziwem, ale też i wiemy, że to jeszcze nie teraz, jeszcze nie jesteśmy gotowi stawić czoła jednej z najpotężniejszych sportowych ryb z jakimi można zmierzyć się na naszej planecie. Na to przyjdzie pora za kilka tygodni (choć pisząc ten tekst pierwsze spotkania i hole zakończone spięciami mamy za sobą). Alternatywnie mamy bardzo liczne w zatoce Gibraltarskiej bonitos, szybko przechrzczone na banditos, albo bardziej swojsko – na Stefany. Dlaczego banditos – o tym za chwilkę, dlaczego Stefany, a… bo tak wyszło.

 

Mniej więcej gdy słońce zawiśnie w najwyższym punkcie, woda wygładzona brakiem wiatru zaczyna eksplodować. Nie widziałem nigdy bitwy morskiej, ale lądująca na wodzie salwa pocisków wygląda zapewne podobnie. Kilkadziesiąt – kilkaset metrów kwadratowych wody jest rozrywane przez wyskakujące w pogoni za drobnicą małe tuńczykowate. W pełnym pędzie, w pogoni wyskakują nad wodę, wpadając nadal ich prędkość jest wystarczająco wysoka, by ciągnęły za sobą strumień powietrza, białosrebrzysty kilwater bąbelków, znaczący ich trajektorię jeszcze dobre kilka metrów pod wodą. Pierwsze ataki są punktowe, podnosi się kilkanaście, kilkadziesiąt ryb. Gotowanie wody trwa bardzo krótko, minuta, dwie to już max i znikają w głębokiej wodzie, zostawiając po sobie tylko poprzegryzane rybki i srebrzysty brokat łusek wirujący w ciemnym błękicie. Skuteczne dobranie się do tych ryb, mimo pozornej łatwości i niewybredności, wymaga jednak kilku warunków, powodując, że nie są one bardzo częstą zdobyczą lokalnych wędkarzy, a muszkarzy… Na całym wybrzeżu można ich zapewne zliczyć na palcach jednej ręki. 

Co jest potrzebne by się do nich dobrać? Zacznijmy może od najdrobniejszych elementów.

Mała mucha, ale w kategoriach tropikalno-morskich, nie suchar na haku 22 😉 .srebrzysto-biała mucha imitująca małą rybkę, mająca między 7 a 10cm. Z wyraźnymi oczami, uwiązana na mocnym morskim haku, 3x drut to minimum moim zdaniem, hak rozmiaru +- 2. Linka intermediate z dość długim przyponem kończącym się mocnym fluorocarbonem 0,35mm. Szybki morski kij klasy 10 to optymalne rozwiązanie. Można delikatniej, ale trafiają się charakterne ryby, potrafiące zażreć muchę dla nich nie przeznaczoną i uciekać na 12wt do podkładu. Linka dobrej jakości, kołowrotek morski, z dobrym, płynnym hamulcem, podkład jakiś na nim lepsiejszy musi być.

I na koniec rzecz najważniejsza – szybka, stabilna łódka z mocnym silnikiem i kierowca powożący zestawem, opływany w morskich warunkach.

Siedzimy na łodzi i obserwujemy ptaki. Jeśli są rozproszone, fruwają po 2-3 sztuki bardzo wysoko – to ryb jeszcze nie ma, szukają, oglądają wodę, dumają jak i my czy i gdzie ryby się pojawią. Jeśli zbiją się w stado naście sztuk i zaczynają kołować, ale są wysoko – odnalazły stado drobnicy, widzą z góry ryby pod drobnicą i zaraz będzie akcja.  Palimy już silnik i bacznie obserwując, w którą stronę przesuwają się ptaki staramy się być w miejscu gdzie znajdą się one za te kilkadziesiąt sekund, kiedy ryk silnika zacznie cichnąć, nerki przestaną zmieniać się miejscami z migdałkami i prędkość łodzi spadnie z 40-50 km/h do spokojnego dryfu. Ptaki kłębiące się tuż nad wodą zwykle oznaczają, że za sekund pięć woda się zagotuje. 

 

Przy pierwszych oznakach, że stado wyjdzie do powierzchni zwykle pada komenda – godzina 10, 5, 3 – schemat godzinowy, znany z filmów wojennych gdy „bandyci na 3ciej” oznaczali messerschmity nadlatujące z prawej strony sprawdza się doskonale. Osoba stojąca za sterem musi mieć dobre nerwy, załoga pełne zaufanie, gdy frunąc w pościgu by dogonić stado wyciągają do przygotowanych wiader linki, szykują muchy i ogólnie – usiłują utrzymać się na pokładzie. Zwykle dzikie rodeo nie trwa bardzo długo i już po kilkudziesięciu sekundach łódź zwalnia. Ważne by nie wpaść w ryby z dużą prędkością. To, że je spłoszymy – to oczywiste, gorzej jak rozbijemy stado na mniejsze. Nie ma nic gorszego dla łowienia niż łódka, która przepłynie rybom nad głowami. Kilka takich sytuacji i do powierzchni nie wyjdzie ryb kilkaset, tylko kilka – kilkanaście, w kilku miejscach. Ptaki oszaleją, będą szukać po całej zatoce i latać od stadka do stadka. Do sytuacji, gdy ryb w stadzie będzie na tyle mało, że nie będą w stanie zagonić drobnicy do powierzchni i zostanie nam kilkadziesiąt km kwadratowych wody mającej ponad 100 m głębokości – szukanie igły w stogu siana to przy tym łatwe wyzwanie.

Wracając do tematu – kiedy uda się nam ustawić przed rybami, ryby napływają na nas, jesteśmy w stanie rzucać z wiatrem – jesteśmy w udanej sytuacji. Dłuższy rzut, byle linką w ryby nie chlapnąć. Mucha ląduje między rybami, wędka pod pachą i zaczyna się dojenie krowy, z najwyższą możliwą prędkością. Każde stuknięcie w muchę kwitujemy mocnym szarpnięciem linką. Zwykle nie jest to nawet konieczne, ryby są złe i wściekłe i po prostu pakują pełnym rozpędem w naszą muchę. One jej nie skubią, one jej nie odprowadzają, one w dzikim szale chcą ją zabić. Zawsze kiedy widzę bonito prujące pod wodą za muchą, myślę sobie, że w ich małych srebrnych główkach są wrzaski po niemiecku – Schneller Schneller drą się usiłując dogonić i zeżreć naszą muszkę 🙂 Kiedy wreszcie ją dopadają – zaczyna się wspaniała zabawa. Mój Vision Venus w klasie 10 kłania się wodzie, szpulka kołowrotka oddaje linkę z gwizdem, z prędkością nie spotykaną na słodkiej wodzie. Ryba 2-3 kilowa to dobre 5 minut przeciągania sznura. Zwykle, kiedy już nam się wydaje, że jesteśmy w domu i sytuacja jest pod kontrolą – jest ostry odjazd, po nim kolejny. Podbierak znacznie ułatwia sytuację i skraca niepotrzebny wysiłek ryby. Chwyt za ogon (gwarantuję, to najpewniejszy uchwyt dla tych ryb) i podtrzymanie pod brzuch do zdjęcia – sztaba srebra jest nasza. Łypie na nas złym okiem, kłapie zębiskami, wydaje się, że piana ze wściekłości kapie jej z pyska.

Szybkie odhaczenie i wypuszczenie – charakterystyczne dla tych ryb. Musimy nadać im sporą prędkość, więc celujemy w wodę i z całej siły, z wysokości, wystrzeliwujemy bonito do jego domu. Torpeda poszła, niech wściekły Stefan pędzi dalej w swój świat.

 

Tekst i zdjęcia: Kuba Standera

Written by - - 311 Views