artykuły

„Sztuka Łowienia” okiem czytelnika

„Sztuka Łowienia” okiem czytelnika

To, że kreślę te słowa jest zasługą Piotrka Zieleniaka (pozdrawiam Cię Piotrusiu). To on polecił mnie Mirkowi Pieślakowi. Pewnego dnia V-ce Naczelny zadzwonił do mnie i zapytał, czy nie napisałbym tekstu o łowieniu na cienkie żyłki. 

Na początku odmówiłem, bo uważałem że pisząc wcześniej do innych periodyków wędkarskich „wystrzelałem całą amunicję”. Mirek z wrodzonym sobie spokojem tłumaczył jak „krowie na miedzy” żebym się zastanowił. Powiedział, że przyśle mi wszystkie numery, które się do tej pory ukazały. Słowo stało się ciałem i po kilku dniach przyszła paczka z redakcji. Muszę przyznać, że „rurka mi zmiękła”. Tak starannie wydanego czasopisma dla wędkarzy jeszcze w Polsce nie było. Ten tekst ukaże się (mam nadzieję, że się ukaże) w jubileuszowym 50 numerze. Jestem szczęśliwym posiadaczem wszystkich 49 wydań „Sztuki”. Jak każdy czytelnik mam swoje gusta i preferencje, dlatego widzę „plusy dodatnie i plusy ujemne” – że zacytuje klasyka. Od samego początku urzekły mnie okładki; do moich ulubionych należy zdjęcie jętki z numeru 41.

Lekturę zaczynam zawsze od step-by-step. Podoba mi się jasny i przejrzysty sposób redagowania tej rubryki. Nawet początkujący „krętacz” poradzi sobie z zawiązaniem proponowanych wzorów. Ja także znalazłem coś dla siebie. Poczesne miejsce w moim pudełku znalazła „mrówka UV” i „Klinkhamer”. Obydwie te muchy są dobrze widoczne na powierzchni wody, co dla mnie jest bardzo ważne. „Sztukę Łowienia” czytam „od deski do deski”- są tam teksty mniej lub bardziej przydatne do mojego wędkowania. Bardzo podobały mi się te, które opisywały łowienie na długą nimfę. Na Sanie, na którym łowię najczęściej króluje sucha mucha, ale zastosowanie długiej nimfy czasami ma kluczowe znaczenie. Ukazało się kilka doskonałych tekstów radzących jak przechytrzyć ryby uważane za mało „muchowe”. O ile klenie i jelce trafiały mi się przy okazji łowienia pstrągów i lipieni, to nigdy nie nastawiałem się na łowienie innych gatunków. Zainspirowany postanowiłem spróbować. Nie było to to, co „tygrysy lubią najbardziej”, ale się udało. Złowiłem kilka małych okonków, wzdręg i uklejek. Byłoby całkiem fajnie, ale nie bardzo mogłem sobie poradzić w pozycji siedzącej, a na stojąco łódka się zbytnio kolebała.

Bardzo cenię sobie artykuły o nestorach polskiej muchy. Wielką przyjemność sprawił mi wywiad Mirka Pieślaka ze Zbigniewem Zasadzkim. Zbyszek, którego mam szczęście znać osobiście, to muszkarz-instytucja. Mimo wieku (nie wypominając) ciągle trzyma się w sportowym czubie. Potrafi wygrywać zawody mimo, że „młode wilczki” starają się kąsać po łydkach. Pamiętam jak przed wielu laty sędziowałem MMP. Byłem przydzielony na sektor w Myczkowcach. Do mojej łódki został wylosowany właśnie Zbyszek. Miał zły dzień, nic mu nie szło. Ryby, które zapinał spadały. Był niepocieszony widmem zera, co bardzo skomplikowałoby pozycję drużyny. Dosłownie na kilka minut przed końcem tury kazał jeszcze raz przestawić łódkę. Efektem tego była piękna płoć, która dała cenne punkty dla drużyny. Prawdziwy sportowiec walczy do samego końca! 

Czytając „Sztukę” szukam tekstów opisujących konkretne odcinki rzek. Nigdy nie byłem na OS Dunajec, ale właśnie dzięki takim artykułom wydaje mi się, że tam poradziłbym  sobie. Dziś już wiem, że 20 metrów poniżej rafy jest kamień porośnięty mchem, dwa metry na lewo od niego jest wystająca gałąź, a obok niej stoi lipień 40+. Oczywiście trochę przekoloryzowałem, ale przewodniki pisane przez autochtonów są nieocenione. Skoro już wspomniałem o łowiskach, to lubię relacje z wypadów wędkarskich do innych krajów. O ile interesujące dla mnie są opowieści o Skandynawii czy Bałkanach, to absolutnie nie ruszają mnie morskie historie. Owszem mam w planie wypad na Seszele, czy Malediwy – pojadę tam zaraz na drugi dzień po zbudowaniu mostu przez ocean. Ale jak już wcześniej wspominałem, każdy z czytelników ma swoje własne preferencje. Serce rośnie, gdy czytam o działalności Salmo Klubów. Jest ich w Polsce sporo. Zrzeszają grupę zapaleńców, którzy nie szczędzą czasu i środków na budowę tarlisk, ochronę wód itp. To dzięki nim rzeki, które nigdy nie były pstrągowymi, właśnie takimi się stały. W zasadzie w każdym numerze „Sztuki” znalazłem coś dla siebie. W jednym mniej, a w innym więcej, jednak szala stanowczo przechyla się na korzyść „plusów dodatnich”. Lektura czasopisma jest dla mnie swoistą ucztą. Po dobrej uczcie należy się deser. Dla mnie tym deserem są teksty Tomasza Konika. Mogę powiedzieć, że jego artykuły to mój nowy „konik” :). Muszę wykazać dużo samozaparcia, aby przeczytać je na samym końcu. Złapałem się na tym, że chyba zazdroszczę Panu Tomaszowi polotu, pomysłów, lekkości pióra. Gdybym ja tak potrafił, to wziąłbym się za pisanie kryminałów. Jestem przekonany, że dorównałyby tym, które wyszły spod ręki Joanny Chmielewskiej.

Cieszę się, że od czasu do czasu i ja mogę się znaleźć w tak szacownym gronie autorów. Zobaczenie swojego nazwiska pod tekstem opublikowanym w takim czasopiśmie jak „Sztuka Łowienia”połechta ego nawet najbardziej skromnego człowieka. Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników, autorów i cała redakcję.

Tekst: Andrzej Choma

Written by - - 130 Views